czwartek, 7 listopada 2013

Walczymy dalej



Jeśli zerkniecie za okno, najpewniej możecie dostrzec dosyć przygnębiający pejzaż. Ot, szaro, zimno, pochmurno i deszczowo. Smutno i pesymistycznie. Wydawałoby się, że to idealna sceneria do lektury niniejszego postu. Bo po cóż bawić się w eufemizmy i owijać w bawełnę? Walę zatem prosto z mostu: to już koniec. Oficjalnie Republika Borsucza przechodzi do historii. Do końca listopada w słynnym mieszkaniu przy ul. Borsuczej nie pozostanie już nikt z twórców tego bloga, nikt z członków grona, których zwano powszechnie Borsukami. Jako ostatni urzędujący konsul, niedługo spakuję wszystkie swoje książki, zdjęcia, manatki, słowem, cały swój skromny dobytek i udam się na wędrówkę w nieznane. Być może niejednemu z Was w tym momencie kołacze się po głowie Marsz Żałobny Chopina, albo inny smętny kawałek. W końcu stworzyliśmy coś niezwykłego, niepowtarzalnego i wyjątkowego. Nasza Republika była nie tylko miejscem do życia, skreślania w kalendarzu kolejnych odfajkowanych dni z życiorysu. O, nie. Nie będę wycierał monitorów P. T. Czytelników utartym sloganem, że Borsucza była stylem życia. Zamiast tego, napiszę prosto: to naprawdę było miejsce naznaczone wyjątkową atmosferą. Atmosferą, którą tworzyliśmy my sami.
Kiedy piszę te z pozoru smętne linijki, cały czas tłucze mi się po głowie scena z pewnej książki znakomitego dziennikarza i mojego ulubionego pisarza Melchiora Wańkowicza. Rzecz dzieje się we wrześniu 1939 r. Zgrupowane generała Andersa już siedemnasty dzień walczy z Niemcami. Żołnierze i oficerowie, zmęczeni nieustannymi zmaganiami i marszami – spod granicy z Prusami Wschodnimi doszli już pod Lwów – cały czas czekają na obiecaną pomoc angielskich i francuskich sojuszników. Nastroje wśród wojska są dobre, wszak przyjaciele mają nadejść lada dzień. Zamiast tego, przychodzi wiadomość: Sowieci, jako sojusznicy Niemców, przekroczyli wschodnią granicę Polski. Na generała Andresa padają zmieszane, ciężkie spojrzenia oficerów. A ten poprawił się tylko na krześle i rzekł: Bardzo proszę Panów o poinformowanie żołnierzy, że komunikat ten jest chwytem niemieckim. Walczymy dalej.
Borsucza to nie tylko ulica w Krakowie, zabudowana wielkimi blokami z czasów komunizmu i pełna dziur. Oczywiście, ta Borsucza dalej będzie figurować na planie miasta, w rozkładzie jazdy MPK, w grafiku listonosza, niegdyś tak często odwiedzającego nasze lokum z kolejnymi paczkami pełnymi książek. Natomiast ta jedna, jedyna, niepowtarzalna Republika Borsucza cały czas pozostaje w naszych głowach i sercach. Głowach, przechowujących wspomnienia, czytających dawne posty na blogu. I sercach, gotowych do dalszej walki i pracy. Cóż mamy robić? Walczymy dalej. 



środa, 27 marca 2013

Rakietowe sacrum


Nie potrzeba nam rakiet kosmicznych, superszybkich pociągów, bolidów Formuły 1. Czas, w którym teraz żyjemy, zasuwa szybciej niż wszystkie te środki transportu razem wzięte. Pomyśleć, że minął już rok od momentu, w którym ostatni raz użyłem polecenia „publikuj” w panelu administratora borsuczego bloga. Notabene, powstał wówczas najpopularniejszy i najpoczytniejszy post w jego historii. Minął rok. Wiele zmieniło się wokół, wiele wody popłynęło w Wildze. Niemało też i potu, wylanego przez obywateli Republiki Borsuczej podczas pracy nad zmianą świata na lepsze. Oby nie na darmo.
Mówi się, że sztuka jest najlepszym odzwierciedleniem „ducha” epoki w której ona powstaje. Jeśli zdanie to jest prawdziwe, to żyjemy w nie tylko w ultraszybkich, ale także i naprawdę ciekawych czasach, skoro kilka nadziubdzianych w większym lub mniejszym ładzie kresek tudzież plamek da się sprzedać za miliony dolarów. Nasuwa się pytanie: czym w takim razie jest ów enigmatyczny „duch” naszego czasu, skoro można wyrazić go paroma kleksami? Chaosem? Spokojem? Pustką? Przesytem? Abstrakcją? Unifikacją? Bałaganem? Rygoryzmem? Niczym nie skrępowaną wolnością? Pędem? Stagnacją? Brakiem koncepcji? Czy może ich nadmiarem? Pytania, rzeczowniki, przymiotniki i czasowniki można tu mnożyć w nieskończoność. Gdybym miał użyć tylko jednego wyrazu, którym miałbym ująć jak najcelniej i najlapidarniej esencję owego ducha, posłużyłbym się słowem: niepokój. Tak, swoisty niepokój jest zasadniczą cechą naszej epoki. Dokładne opisanie, z czego on wynika, na czym polega i czym skutkuje, to zadanie niemożliwe. Aby czytelnicy naszego bloga nie uciekli na demoty lub ploteczka (o ile nie zrobili tego już po lekturze pierwszych dwóch akapitów tego tekstu), musimy skupić się tylko na jednym, łatwym do spostrzeżenia aspekcie związanym z owym niepokojem. 
Gdzie szukać przykładu, który potwierdzi nasze przypuszczenia? Swoistym papierkiem lakmusowym będzie tu sfera, w której spotykają się i uzupełniają najbardziej czułe receptory – duchowość i sztuka. Przenieśmy się zatem przed budowane współcześnie świątynie, zaglądnijmy do ich wnętrz. Co nas tu czeka? Idealne potwierdzenie naszej tezy. Chaos, kicz, niepokój nijak pasujący do nastroju, który winien cechować przestrzeń sakralną.


Kościół w Orłach k. Przemyśla

Na wstępie muszę zaznaczyć, że nie jestem zdeklarowanym wrogiem współczesnej architektury. Nie mam zamiaru burzyć Manhattanu czy też warszawskich wieżowców, aby na ich miejscu wznieść neogotyckie zamczyska lub zalatujące słodkawością secesyjne kamieniczki. Wręcz przeciwnie, bardzo podobają mi się wznoszone przez ostatnie lata neomodernistyczne budynki biurowe i mieszkalne. Cieszę się, że na moich oczach w polskich miastach powstaje coraz więcej przykładów eleganckiej, a jednocześnie funkcjonalnej architektury. Jednocześnie z całą mocą muszę podkreślić, że oglądając większość kościołów wzniesionych w ostatnich 50 lat, łapię się z przerażeniem za głowę. Często  przypominają one indiańskie wigwamy, instalacje fabryczne lub skocznie narciarskie. Albo mające się zaraz zawalić gruzy po bombardowaniu Luftwaffe. Schrony wzniesione z myślą o przetrwaniu ataku nuklearnego lub długotrwałych walk pozycyjnych. Zauważcie, że skojarzenia gruzowo-wojenne, a więc pełne niepokoju, same nasuwają się na myśl. O wystroju wnętrz tych świątyń zamilczę, niech w moim imieniu przemówią obrazy.
 
Francja

Kobiernice k. Bielska-Białej

Oczywiście, byłbym niesprawiedliwy, gdybym stwierdził, że wszystkie świątynie wzniesione przez ostatnie pół wieku czy to w Polsce, czy w Europie lub innych zakątkach świata zasługują na potraktowanie materiałami wybuchowymi. Zdarzają się – niestety, niezbyt często – budowle sakralne, które naprawdę zasługują na uznanie. Ich architektura jest prosta w formie, bez wyszukanych udziwnień, a jednocześnie tradycyjna, choć często dosyć minimalistyczna. Potrafi przy tym stwarzać klimat sacrum. W Krakowie można znaleźć takie kościoły na obrzeżach miasta – Klinach Borkowskich, Toniach. W Polsce dzięki Kościołom greckokatolickiemu i prawosławnemu powstało wiele świątyń kapitalnych pod względem formy bryły budowli i wystroju wnętrza. Cerkwie te są naprawdę i nowoczesne, i na wskroś tradycyjne. Szukającym przykładów wspaniałej architektury sakralnej mogę polecić je z zamkniętymi oczami. Niestety, są chlubnymi, ale jednak – wyjątkami.
 
Cerkiew greckokatolicka w Olsztynie
Skąd dokoła nas tyle kiczu w budownictwie sakralnym? Niezrozumiałych dla odbiorców form? Czy to my zbyt wąsko, zbyt konserwatywnie patrzymy na pojęcie „sacrum”, zamykając je w granicach puszystego baroku? A może architekci wznoszący współczesne kościoły są masonami i świadomie chcą odstręczyć wiernych z pomocą brzydoty? Nie, przyczyna leży zupełnie gdzie indziej. Skoro współczesna architektura sakralna jest pełna niepokoju, oznacza to, że nie była ona tworzona z myślą o Tym, który sam jest Pokojem. Przy stawianiu kresek na planie budowli kontemplowano niekonwencjonalość i oryginalność formy budowli i wyrazistość oddania przy pomocy betonowych konstrukcji „ducha” epoki. Nawet,  jeśli na końcu tej myśli znajdował się gdzieś najważniejszy lokator wznoszonej budowli, zgubiono Go po drodze. Szukano „ducha” epoki, nie zdając sobie sprawy, ze jest on niepokojem. A czym jest niepokój? Brakiem Pokoju.

Matka Boska Rakietowa, zwana także jako Orędowniczka NASA
Niedaleko od granic Republiki Borsuczej stoi kościół. Jego wnętrze zdobi figura Matki Boskiej, jakich na pozór pełno w katolickich świątyniach. W zamyśle twórcy tej rzeźby Madonna miała zasiadać na górskich skałach, lecz finalny efekt jest zupełnie inny. Nieokreślona bliżej materia u stóp Maryi nasuwa raczej na myśl rakietę NASA. Startującą właśnie, aby umieścić Bożą Rodzicielkę na orbicie. Czy nie jest to świetna metafora naszych czasów? Czasów pełnych niepokoju, pędzących z kosmiczną prędkością, czasów chcących duchową sferę człowieka wystrzelić w kosmos. Za 100 lat nasze prawnuki spojrzą na Matkę Boską Rakietową. Prom kosmiczny, na którym ona zasiada, będzie najlepszym symbolem prędkości, z jaką musieliśmy się poruszać przez ogromne przestrzenie współczesnego nam świata. Jak je ogarnąć? Chyba jednak potrzebne nam rakiety.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Bez drugiej połówki Vol.2.

       Zainspirowany m.in. niedzielnym drugim czytaniem dokładnie po roku przerwy wracam do znanego i lubianego tematu: związki damsko-męskie (wiem, że to nie najpopularniejsza ostatnio odmiana związków, ale na tych innych w ogóle się nie znam). W 2012 rozważałem zagadnienie jedności i pytanie o to, kiedy mam z nią do czynienia: na początku, gdzieś w środku czy może zupełnie na końcu rozwoju relacji? Udzieliłem wtedy dość jednoznacznej odpowiedzi: jedność to cel a nie źródło, a tzw. druga połówka to szkodliwy mit. 
       O ile wciąż zgadzam się z drugą częścią, o tyle weryfikacji chciałbym poddać pierwszą część mojej odpowiedzi i nieco bardziej ją zniuansować. Wydaje mi się, że już na początku mamy do czynienia z jednością, choć jeszcze bardzo niedoskonałą, kruchą, delikatną. Zakochanie nie następuje w próżni absolutnej różnicy - ona i on muszą mieć coś wspólnego ze sobą, i to najczęściej nie mało. Zakres jedności będzie się różnił, ale z pewnością już na początku jest niepusty. Czyli "bycia jedno" nie musimy budować totalnie od zera, Bóg daje nam pomocniczy pakiet startowy; od nas zależy czy go wykorzystamy, czy nie. W każdym razie ów bonus na dobry początek (który można w przybliżeniu utożsamić z szczęśliwym zakochaniem z obu stron) nie zawiera w sobie informacji: "to jest ta jedyna/ten jedyny", ale raczej "to może być ta jedyna/ten jedyny". Myślę, że różnicy między jest a może być nie muszę wyjaśniać. Choć z drugiej strony bonus oznacza, że już od początku mamy miłość. Może niedojrzałą, może jeszcze nie nazwaną po imieniu, ale jednak. Ziarno może nie jest jeszcze w pełni rozwiniętą rośliną, ale na pewno nie jest i nie będzie kamieniem czy chmurą.
Bóg daje nam pakiet startowy - możemy go wykorzystać lub zmarnować, ale na pewno nie zaczynamy z pustymi rękami.
       Dalej już niezmiennie wierzę, że nawet najlepsze ziarno bez odpowiedniej troski, podlewania, słońca, różnych przejawów oddania i czułości nie wykiełkuje - jedność nie robi się sama, nie rozwija się sama, nie pogłębia się sama, tu trzeba konkretnej, czasem bardzo przyjemnej, czasem bardzo trudnej pracy. Pracy nad sobą, swoimi słabościami i zaufaniem.
       Chciałem jeszcze odnieść się do ostatniego komentarza pod zeszłorocznym postem na równie intrygujący temat (uwaga, będzie trochę filozofii miłości.. brr): czego dotyczy jedność w relacji? Czy Jaś kocha Małgosię samą, czy jakiś zestaw cech Małgosi, czy też relację, która ich łączy? Nie brnąc zbytnio w metafizykę, którą w dostatecznej mierze zajmuję się przy pisaniu magisterki, odpowiem, że żadna z powyższych opcji wydaje mi się dobra. Myślę, że Jaś kocha Małgosię, choć nie "Małgosię samą", bo tę zna tylko sam Bóg (a nie da się kochać tego, czego się nie zna). Jednakże wciąż jest to więcej, niż sama relacja między nimi. Kiedy Jaś tęskni za Małgosią, nie tęskni przecież za relacją, ale za bardzo konkretną, psychofizyczną Małgosią śpiącą na łóżku w swoim pokoju. Kiedy Jaś kupuje kwiaty, nie kupuje ich dla zestawu cech Małgosi, ale dla niej, konkretnej, żyjącej Małgosi. Zasadniczo myślę, że w języku chyba nie da się tego do końca wyrazić, dlatego filozof musi tu ustąpić miejsca zakochanym/kochającym. A zresztą, po co tyle teorii tam, gdzie najlepsza jest praktyka?

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Borsucza: resuscytacja

Resuscytacja to, dzięki niezapomnianym lekcjom z P.O., moje ulubione słowo z całego ogromu nowych skomplikowanych pojęć jakim zbombardowano nas w rybnickim liceum. Kto chodził, ten wie. Ważne jest to, że obecnej sytuacji resuscytacja pasuje jak ulał - mieliśmy się z Wami pożegnać już na zawsze, ale cała nasza Borsucza Czwórka okazała się nazbyt niemrawa żeby sklecić jakiegoś ckliwego posta. Dzięki połączonym siłom naszego lenistwa nie muszę teraz zaczynać od skrajnie nieprzyjmnego zabiegu ekshumacji całego bloga, co zresztą przyszłoby mi z wielkim trudem, jako że mam brzydki zwyczaj pisania wstępów o niczym, a wtedy musiałbym pisać o konkretnym czymś. Uznajmy zatem, że zgon nigdy nie nastąpił, ciało znalazło się w interetowej kostnicy przez pomyłkę i w ostatnim momencie, niczym na amerykańskich (przymiotnik ostatnio popularny w pewnych środowiskach) filmach, dało się ponownie usłyszeć bicie serca ku wielkiej uciesze widzów. Pozwólcie więc, że krótkim "witajcie" pozdrowię Was po nieco przeciągniętej wakacyjnej przerwie i przejdę do części właściwej posta.
Nie ulega wątpliwości, że większość z Was już od dłuższego czasu wie, co dzieje się z naszą czwórką. Karol i Andrzej wyjechali w poszukiwaniu marzeń na przysłowiowy drugi koniec świata, ja resztką sił uczepiłem się ostatniego kawałka Znanego Mi Lądu i tylko Adam, niczym wierny Gerwazy, sprawuje pieczę nad Borsuczą, chociaż i w jego przypadku częstotliwość podróży (niezmiennie na Wschód) nasiliła się znacznie. Zapewne z żalu i tęsknoty za nami - wszak wszyscy wiedzą, że nasi wschodni sąsiedzi posiadają liryczną duszę. 
Zostaliśmy zatem rozszczepieni, wylecieliśmy z gniazda, albo raczej wytruchtaliśmy z cieplutkiej nory. Czy przyniosło nam to coś dobrego, okaże się w niebawem. Faktem jest, że poczyniony przez nas wysiłek był niezbędny - część z nas podjęła wiążące (co nie znaczy przykre) decyzje, a każdy, na swój sposób, zrobił kolejny krok w stronę dorosłego życia. To dosyć ważne, biorąc pod uwagę jak wiele osób obawia się dzisiaj dojrzałości, która kojarzy się raczej z przykrym pomnożeniem obowiązków i życiowych deklaracji, niż z koniecznym i naturalnym etapem rozwoju. Powstały już pewnie dziesiątki arytkułów na ten temat, (z których pewnie większość znajdziecie na  Deonie) więc dalsze drążenie na niewiele się zda. 
Wrócmy zatem do nas, pokemonowych borsuczków, które z urzekającym "borsi,borsi" ewoluują na kolejny poziom, oczywiście pod czujnym okiem Trenera. Nie wiem jak pozostali Panowie, ale ja nie odkryłem w sobie żadnych nadzwyczajnych mocy. I chociaż nie potrafię razić prądem czy miotać kulami ognia, to jednak nieznacznie wydłużyła się tolerancja mojego organizmu na notatki i wykłady, a gry (no, może poza poczciwą planszową Cywilizacją) nie rajcują już tak bardzo. Reakcje na niepowodzenia są mniej intensywne, ego nie podskakuje tak bezczelnie i gwałtownie jak dawniej. Najtrudniejsze i jednocześnie najbardziej wartościowe jest jednak poczucie odpowiedzialności za to, co się robi i w jaki sposób wykorzystuje się otrzymany czas.  Krótko mówiąc - zmieniła mi się zdziebko(a myślę, że nam wszystkim) perspektywa. Co prawda nie otrząsnąłem się jeszcze z lekkiego szoku, ale mam już głębokie przekonanie, że tak trzeba. Nie tylko dlatego, że jest to naturalny proces dojrzewania, ale przede wszystkim wysiłek, który zbliża do Boga i pozwala skuteczniej uszczęśliwiać bliskie osoby. Mówiąc jeszcze krócej - to jest trudne, ale to jest to. I dlatego jest fajne.  A tak na marginesie - ciekawe jakie moce posiadałyby borsucze odpowiedniki pokemonów -  wydajniejsza regeneracja poprzez dłuższy sen?

Pomimo licznych nawiązań do Pokemonów, Hobbit pozostaje najlepszym znanym mi literackim przykładem opisanego zjawiska. No i norka się zgadza. 


Z cieplutkiej Lizbony cieplutko pozdrawia,
Miguel Pedro

P.S. Niemniej cieplutko polecam wilczyńskiego bloga http://wilczynski.blog.deon.pl i wyrażam szczerą nadzieję, że Karol odpowiedzialnie poradzi sobie z łączeniem swoich autorskich obowiązków. W razie czego pragnę przypomnieć, że Borsucza jest priorytetowa. W trakcie lektury dowiecie się także, że wbrew moim przewidywaniom Autor posiadł jednak nadzwyczajną zdolność - przemiany colki (względnie kolki) na radość. Good for him. Muszę spróbować po powrocie. 

niedziela, 13 maja 2012

Uniwersytet=Wyższa Szkoła Zawodowa?

    No cóż, blog trochę podupadł w ostatnim czasie. Trudno tego nie zauważyć. Oczywiście możemy się bronić (i robimy to) tym, że brak nowych postów nie jest związany z nudą i brakiem zajęć w naszym borsuczym życiu, jest wręcz odwrotnie. Chyba każdy z nas już od dawna nie miał tyle szeroko pojętej pracy, co w ostatnich miesiącach.
 Z drugiej strony, gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, Adam odzyskał pozycję autora najpopularniejszego/najczęściej czytanego posta, zasadniczo nie mamy z nim szans. W każdym razie publicznie gratuluję :)
   Ale nie o tym chciałem pisać. Do rzeczy. Od dłuższego czasu wpadam w irytację. Najczęściej czytając jakieś artykuły, od Wyborczej, przez Rzeczpospolitą po Tygodnik Powszechny. Wszędzie w zasadzie to samo. Lament, bo polskie uniwersytety jeszcze nie przekształciły się zupełnie w wyższe szkoły zawodowe. Jagielloński wciąż nosi dziwaczne i zbędne miano Uniwersytetu. Choć z drugiej strony zasługuje na to niezbyt pochlebne dziś określenie "produkując" nowe rzesze ludzi nie przygotowanych do zawodu, przeładowanych teorią. Teorią, brrr... Że też jeszcze jest ona do czegoś potrzebna. 
    W końcu, gdy przychodzi co do czego, liczy się działanie, i to nie byle jakie, ale skuteczne działanie. A do tego potrzebna jest przecież nie teoria, ale PRAKTYKA. Jak mawiają filozofowie, chodzi o "know-how" a nie o "know-that".
   Uniwersytety słyną z tego, że skupiają się na tym, co niemal zbędne. Czym się różni informatyka na uniwersytecie od tej samej na politechnice? Stosunkiem teorii do praktyki. Na tym pierwszym jest on szkodliwie wysoki na rzecz teorii. Podobnie jest z wieloma innymi kierunkami.
   I co tu zrobić z takim kłopotliwym, nieproduktywnym tworem? Trzeba go zreformować. Tak. Naukowcy to już przeżytek, dziś potrzebni są zawodowcy. Głównym celem uniwersytetów mają być nie badania naukowe, ale kształcenie profesjonalnych pracowników dla nowoczesnej gospodarki. 
    Jeśli o mnie chodzi, ja takiego ideału nie kupuję. I nie chodzi tylko o to, że w tak projektowanym modelu prawdopodobnie doszłoby do jakiejś dziwnej deformacji filozofii (co oczywiście byłoby dla mnie bolesne). Przed taką deformacją nie uchroniłaby się żadna nauka. Próbuje się nas przekonać, że to potrzebne, że to dla naszego dobra. A zwłaszcza dla dobra gospodarki. Jeśli się na to zgodzimy, nie zabraknie chleba i igrzysk.
    A co z tymi, którzy za chlebem i igrzyskami nie tęsknią? 
    Nie chciałbym być źle zrozumiany. Wcale nie uważam, że aktualny stan uniwersytetów w Polsce jest idealny i nie wymaga poważnych zmian. Nie zgadzam się tylko na promowane idee przewodnie. Owszem, dziś wielu z nas uczy się bez widoków nie tylko na pracę "w zawodzie", ale bez widoków na jakąkolwiek pracę. Jest nas na uczelniach zbyt wielu. Dlaczego? Żeby uczelnie mogły się utrzymać, bo im więcej studentów, tym więcej pieniędzy. Ale tym samym niższy poziom. Poważnej nauki nie da się uprawiać na masową skalę. Naukowcy zamiast zajmować się badaniami, muszą generować określoną liczbę punktów z publikacji, badań, konferencji (które bardzo często nie zasługują na miano "naukowych") i zajmować się wielką gromadą studentów "żądnych wiedzy". Choć powszechnie podkreśla się, że najlepsze efekty daje edukacja w stylu "mistrz-uczeń", formalnie jest to traktowane totalnie po macoszemu. Na tak zwane indywidualne tutoriale przeznacza się 10 godzin na semestr. Efekt tego taki, że dwie najlepsze uczelnie w Polsce ledwo mieszczą się w światowych rankingach pod koniec czwartej setki. Jestem przekonany, że Wyższe Zespoły Szkół Zawodowych w duchu promowanym aktualnie niemal wszędzie nie poprawią tego stanu rzeczy.
    Wiem, że to nieco naiwne, ale uważam, że głównym celem uniwersytetu jest nauka, poszukiwanie prawdy, działalność badawcza połączona z edukacyjną. Przygotowanie do zawodu jest cennym, ale jednak, dodatkiem.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Andrzejowi życzymy wszystkiego borsuczego ( w komentarzach jeszcze macie okazję na złożenie  spóźnionych życzeń:))

czwartek, 5 kwietnia 2012

Życzenia z Borsuczej

Przypadł mi w udziale niebywały zaszczyt, czyli możliwość napisania posta świąteczno-wielkanocnego :) kiedy już zaczynałem na poważniej zastanawiać się, co też w imieniu Borsuczej warto byłoby przekazać w tym najważniejszym w roku czasie, dostałem niezwykły "prezent". Jak mawia często nasz papież Benedykt, wiara potrzebuje świadectwa.
I takim niezwykłym, prostym, szczerym świadectwem wiary pewnej nietuzinkowej starszej pani chciałem się z wami podzielić. Mam nadzieję, że wkrótce będę ją mógł spotkać osobiście, a póki co podzielę się jej "przesłaniem" na ten czas, które wywołało na mnie wielkie wrażenie i dało mi bardzo do myślenia na temat tego, o co chodzi w nadchodzących dniach i w tym, co przyjdzie po nich. Ok, dosyć mojego ględzenia, zostawiam was już sam na sam z tymi
pięknymi słowami cioci Marysi Okońskiej:
"Tak powiedz im to jeszcze raz - niech na nowo zakochają się w Jezusie. I jeszcze to im powiedz, że Jezusowi zależy na ich miłości. Na miłości każdej i każdego z nich. Nie tak w ogólności, ale z osobna. Dla Jezusa nie jest ważna masa. Ważny jest każdy z nich. I On chce ich miłości. Czeka na nią. Niech to wiedzą i niech się w Nim na nowo zakochają. Powiedz im to!"

piątek, 30 marca 2012

Czekając na księcia i księżniczkę z bajki

Przyczyną wielu niepowodzeń i bolesnych rozczarowań współczesnego człowieka jest rozdźwięk między jego wizjami przyszłości i oczekiwaniami, a realnymi możliwościami i rzeczywistością, która wspaniałe plany i marzenia zwykła traktować po swojemu, czyli z buta. W powyższym zdaniu nie ma nawet grama narzekania czy denerwującego jęczenia, jakie to wszystko jest niesprawiedliwe. Nie ulega wątpliwości, że w życiu im coś jest bardziej wartościowego, z tym większym przychodzi wysiłkiem. Nonsensem jest snuć idylliczne wizje, po czym czekać z założonymi rękoma, aż wszystko zrobi się samo. Nie, nie zrobi się. Realizację swoich najwspanialszych marzeń, planów, pomysłów na życie osiąga się tylko przez ciężką pracę, przede wszystkim nad sobą. Jeśli fatamorgany budowania nieba na ziemi zaczynamy traktować jako rzeczywistość, wówczas oznacza to, że lecimy w stronę w świata czystego surrealizmu. I to w dodatku na ślepo, bo na oczach mamy różowe okulary, które skutecznie przeszkadzają nam zobaczyć to, co wokół nas, takim, jakie jest naprawdę.

Owe różowe okulary są szczególnie groźne i niebezpieczne, jeśli używamy ich do patrzenia na skomplikowane sprawy relacji damsko – męskich. Najkrócej mówiąc, osoba z idyllicznymi okularkami na oczętach wyczekuje na księżniczkę lub księcia z bajki, tego jednego, jedynego, wyśnionego, wymarzonego, wyczarowanego i oczarowującego, tą jedyną, przeuroczą, przecudną, anielską, zadziwiającą i podziwianą.

Cóż to będzie za facet! Istny książę. Osobnik taki, jak na księcia przystało, winien zjawić się na pięknym, białym rumaku, odziany w srebrzystą zbroję, odbijającą słońce. W jego ręku powiewa chorągiew, najlepiej z wyhaftowanym własnoręcznie portretem swej oblubienicy. Wpatruje się w nią godzinami swoim cukierkowym wzrokiem wokalisty OneRepublic, jego wzorem czaruje ją romantycznymi tekstami i piękną grą na gitarze. Gdy tylko w pobliżu zamku księżniczki zjawia się pożerający dziewice smok, natychmiast wyrusza, odrąbuje jego siedem paskudnych łbów, po czym składa swój oręż u stóp pani swego serca. Książę nie chodzi z kolegami po knajpach, nie ogląda pojedynków Barcelony z Milanem, racząc się przy tym piwem i czipsami. Nie używa wulgaryzmów, nie pije ni kropli alkoholu, goli się codziennie, nie ma chabaziów na klacie. Jak wraca z pracy, już siodłając wierzchowca (w warunkach późnej nowoczesności: odpalając brykę) dzwoni z informacją, o której przybędzie do domu. Jeśli król (szef) wzywa go na drugą zmianę, przynosi do łóżka księżniczce śniadanie własnej roboty, nie dość że całkiem jadalne, to jeszcze nie przypalone. Nie ulega wątpliwości – książę został importowany prosto z nieba, związek z nim to życie w prawdziwym raju.

Księżniczka. Można by bez przerwy opowiadać o jej anielskim wdzięku. Ona nie chodzi, ona płynie w powietrzu na obłoku perfum. Naturalne ciepło i troskliwość wręcz z niej emanują. Z myślą o swoim księciu wysłała teściową, jeśli nie na wycieczkę krajoznawczą na Plutona, to przynajmniej na drugi koniec Europy. Naturalność, spokój, zrozumienie, wspaniałe serce, pełnia kobiecości to tylko niektóre z uroków jej wspaniałej duszy, otulonej ciałem Afrodyty. To prawdziwy anioł w ludzkim wcieleniu.

Z czasem jednak okazuje się, że książę element po elemencie traci swoją lśniącą zbroję i oręż. Terminem „moja perełka” określa butelkę piwa. Skonsumowawszy przyrządzony przez księżniczkę obiad, zamiast podziękować, beka bezczelnie. Granice swojego rewiru w zamku znaczy rozrzuconymi elementami bielizny nie pierwszej świeżości. Sportem jest dla niego wyłożenie nóg na fotel przed telewizorem. Zamiast walki ze smokiem, preferuje wydzieranie się na swoją księżniczkę i sprowadzanie jej na dno psychicznego rowu mariańskiego, żeby czasem nie poczuła się ważna czy wyjątkowa. Zredukował ją do roli kuchenko-zlewozmywarki, a zamiast jej piękna, woli kontemplować wątpliwe wdzięki panienek z teledysków Benassiego. Nie pisze już romantycznych piosenek, a zaczął preferować muzykę (?) techno, którą z pomocą okazałych kolumn zakupionych dzięki pieniążkom księżniczki, katuje nieszczęsną fundatorkę. Cóż zatem się stało z naszym księciem? Dlaczego już nie jest taki cudowny? Czy może nigdy taki nie był?

Książę zszedł na psy, pozostała jeszcze księżniczka. Ale i ona może stracić swój powab. Od pewnego czasu nie mówi o swoim księciu inaczej jako o pantoflarzu, ofermie, nieudaczniku. Jedyny dar dla niego, na jaki było ją stać, to najnowszy singiel Tomasza Karolaka, bo przecież ci ciepło-kluchowcy są tacy podobni. Stała się sztywna i zimna. Chodzić z nią za rękę to jak chodzić z drabiną, a rozmawiać z nią - to jak mówić do lodówki. Ciągle zgłasza swoje pretensje do wszystkiego. Księżniczka zamieniła się w inną bajkową postać, niestety, padło na Babę – Jagę.

Nie muszę oczywiście tłumaczyć, że cały powyższy wywód odmalowałem grubym pędzlem ironii i jest w nim sporo przesady. Bynajmniej nie jest to też zachęta do folgowania swoim słabościom i uznania przytoczonych wyżej związkowych i osobowościowych odchyłów za zgodne z normą. Chciałem tylko pokazać, że osoba oczekująca z wytęsknieniem na księcia lub księżniczkę z bajki może doczekać się tylko jednego: rozczarowania. Może pozostać całkowicie sama, ponieważ będzie odrzucać kolejnych potencjalnych kandydatów. Patrzy tylko na ich wady, które w jej oczach przesłaniają zalety. Czeka, aż zjawi się wyśniony ideał. A że taki nie istnieje, zniechęcona, zaczyna potem narzekać, że wszyscy faceci to świnie lub łajzy, lub że wszystkie kobiety to zimne sztywniaczki, lecące tylko na wypasione fury i kasę. Albo przyjmie inny sposób – będzie kończyć nieodwołalnie ledwo co zbudowane związki, skoro tylko pojawią się pierwsze ryski na ich nieskazitelnych fasadach. I jedna, i druga taktyka będzie skutkować wyłącznie samotnością, wypaleniem i pustką.

Stanąwszy w tym punkcie, trzeba wytłumaczyć najważniejszą sprawę. Truizmem będzie stwierdzenie, że budując związki, powinniśmy mieć na celu tylko jedno: miłość. A cel ten zakłada, że wszystkie relacje będziemy budować na prawdzie. Tej prawdzie, która sprawia, że przestaje się żyć marzeniami, a przyjmuje się i akceptuje bezwarunkowo zarówno siebie, jak i kochaną osobę taką, jaką jest naprawdę. Nie jesteśmy ideałami, nie sądzę też, że nimi zostaniemy. I wcale nie jest to zachęta do zaprzestania pracy nad sobą. Wręcz przeciwnie – im bardziej się kocha, tym więcej od siebie się wymaga. Dopiero po otrząśnięciu się z przesłodzonych marzeń o sielankowym życiu w krainie tapety z Windowsa, można skupić się na tym, co najważniejsze – niezależności, szczerości, uczciwości, zrozumieniu, byciu oparciem i koncentracji nie na sobie i swoich wyobrażeniach, a na kochanej osobie. Bez tego nie ma szans na budowę prawdziwej miłości, a bez miłości życie tonie w mrocznych oparach bajkowego surrealizmu.


poniedziałek, 26 marca 2012

Lego czyli układam!

Długo nie pisałem. Post i ta wiosna nie sprzyjają siedzeniu i pisaniu bloga. Ani innych rzeczy. Postanowiłem jednak ułożyć coś stosownego, (być może) na poprawę humoru Drogiego Czytelnika!

Każdy z nas niemal miał w domu 8. cud świata - klocki lego. Muszę się Wam przyznać, że ja przepuszczałem większość pieniędzy, które miałem w dzieciństwie właśnie na klocki lego. Trzeba też powiedzieć, że była to trafiona inwestycja. Wikipedia podaje mi tu, że nazwa tego cudu pochodzi od duńskiego "leg godt" - "baw się dobrze". Ja ostatnio słyszałem na wykładzie z filozofii o wiele fajniejszą interpretację, że to słowo pochodzi od greckiego λεγειν, które przed Homerem miało znaczyć "zbierać", w sensie "układać".
Starożytni Grecy w konwencji Lego
Celem klocków Lego jest właśnie układanie (ale też zbieranie!). Bywa tak, że budując wieżę lub określony zestaw, mamy plan, a tu niestety okazuje się że jakaś część jest zgubiona. Albo gdy wymyślamy coś nowego - nagle jeden z klocków na samym spodzie przeszkadza tak, że musimy wszystko zaczynać od nowa (jak w życiu). A wszystko przez to, że nie zaplanowaliśmy wszystkiego dokładnie. Są i tacy, którzy wtedy niszczą klocki (lub dodają fałszywki, zastępniki, krzywo je dopinają) i wychodzi coś okropnego albo nie-legowa konstrukcja. Tak było w przypadku głośnego projektu Zbigniewa Libery, polskiego artysty.

Nie chcę wnikać w tą pracę, ani ten temat. Chcę pokazać Wam po prostu możliwości wykorzystania lego. Trzecia, moja ulubiona, to przedstawianie faktów za pomocą klocków. Brytyjski dziennik the Guardian umieścił w zeszłym roku scenki rodzajowe, sporządzone przez dziennikarzy - możecie obejrzeć je tutaj:
http://www.guardian.co.uk/lifeandstyle/gallery/2011/dec/13/2011-lego-year-news-pictures#/?picture=383194810&index=6

Czwarta możliwość to oczywiście promocja za pomocą lego, wykorzystanie ludzików, zdjęć z klockami do prezentacji produktów, przekonań, innych marek itp. Klocki lego podbiły świat. A zaczęło się od "leg godt" - "baw się dobrze".

Skąd wziął się ten sukces? Oczywiście, oprócz absolutnej niesamowitości, rewelacyjnej "grywalności", klocki te same w sobie odzwierciedlają bardzo ważną cechę twórczego działania ludzkiego: że są "po nic". Wpadliśmy w pułapkę "skedulowania" (od ang. to schedule - zaplanować) jak pisał Mateusz Matyszkowicz. Wszystko musimy mieć dokładnie wpisane w notesik, również układanie klocków z dziećmi/młodszym rodzeństwem/współlokatorami.

A gdzie hm... miejsce na bezinteresowność? Na sztukę, spokojne przetrawienie informacji, wytworzenie czegoś? Tego naprawdę nie da się ułożyć, zaplanować.

poniedziałek, 19 marca 2012

światłem i cieniem, czyli blog zwany Sztuką

Pozostałe Borsuki zapewne pokręcą nosami, że idę po najmniejszej linii oporu. No cóż, tym do czego za moment Was odeślę, żyję na co dzień, więc...niech kręcą - trochę wczesnowiosennych ćwiczeń dobrze im zrobi. Byłbym wyrodnym narzeczonym (nius dla Śpiochów!), gdybym, prędzej raczej niż później, nie podzielił się z Wami blogiem mojej Narzeczonej. W ogóle, niepropagowanie zawartości tego bloga szkodzi (a przynajmniej nie pomaga) światu i powinno być karalne. Zbyt mało jest w dzisiejszym artystycznym mainstreamie zdrowej sztuki. Magda ją przywraca, rozwija i naprawdę o nią walczy, więc warto Ją trochę w tym zadaniu wesprzeć. Wejdźcie, zatrzymajcie się na chwilę, znajdźcie coś dla siebie, skomentujcie jeśli macie ochotę*. Każdy znajdzie coś dla siebie. Moim ulubionym działem jest "rysunek, grafika" i "lepione".  Nie żebym chciał Wam coś sugerować. Blog spełnia bardziej funkcję portfolio, niż profesjonalnej galerii prac. Nie wszystko jest opisane, niektóre projekty są bardziej użytkowe niż artystyczne (co nie zmienia faktu, że i tak są artystyczne). I wiecie co? Mam dla Was dobrą wiadomość: czarnych kwadratów na czerwonym tle brak. Jeśli chcecie zinterpretować którąś z prac, nie musicie wcale budować w myślach rozległych wywodów typu "co autor miał na myśli?". Dobrze, wystarczy gadania. Nadobne Panie, Szanowni Panowie, zostawiam Was sam na sam z blogiem.** Podzielcie się z fejsbukowym światem jeśli się spodoba. Piękno zachowywane dla siebie gaśnie (pewnie ktoś to już przede mną powiedział).

Poniżej jeden z moich ulubionych. Poważny temat -z życia wzięty.

Dumny Narzeczony, MPJ.

*jednak lepiej na tym blogu - walka o Wasze komentarze nigdy nie ustaje na Borsuczej. A zapewniam, że dotrą także do oczu Autorki prac.
** tytuł oczywiście portugalski, musiałem mieć jakiś wkład...

poniedziałek, 12 marca 2012

Znaleziona zguba

Jeszcze w piątek myślałem, że tym razem mój post osiągnie szczyt egzystencjalnego pesymizmu. I gdybym go zdążył w piątek napisać, pewnie dziś łapałbym się za głowę :) Na szczęście miałem pilniejsze sprawy. Cóż zatem się stało przez tych kilka dni?
Teoretycznie nic "nadzwyczajnego", choć w praktyce o wiele, wiele więcej. W sobotę o 6:30 rano wsiadłem do autobusu, by po 3 godzinach znaleźć się na Dworcu Głównym PKS we Wrocławiu. Jeszcze nie zdążyłem dobrze wysiąść gdy zauważyłem czekających na mnie Martę i Adama. Z kilkumiesięcznym opóźnieniem udało mi się wyrwać z niekończącego się wiru spraw do załatwienia i udać do nich z wizytą "poślubną". Po-ślubną, bo wbrew przyjętym "racjonalnym" zwyczajom postanowili nie czekać na koniec studiów, stabilną karierę i ustawienie w życiu żeby móc powiedzieć sobie, że się kochają i chcą do tego wszystkiego dążyć już razem, jako rodzina.
Nie było mnie na ich ślubie i weselu, pracowałem wtedy w Amsterdamie i choć bardzo chciałem, nie miałem jak dojechać. To był jeden z tych dni w życiu, kiedy człowiek najbardziej potrzebuje daru bilokacji, ale jakoś się on nie pojawia. Byłem pewien, że dużo szybciej uda mi się do nich pojechać, planowałem zrobić to w październiku. Ale, jak to zwykle u mnie, działam skutecznie, tyle że powoli i z opóźnionym zapłonem. Grunt, że z października nagle zrobił się marzec. Uznałem, że dość już szukania dobrego terminu, bo i tak się nie doczekam, po prostu sprawdzam czy są wtedy w domu i jadę. Na szczęście byli. Choć we Wrocławiu jest wiele innych osób, z którymi także chciałem się spotkać, ten weekend postanowiłem poświęcić tylko im.
Spędziłem z nimi 36 godzin. Zobaczyłem zdjęcia i film ze ślubu i wesela (zrobiło mi się kilkadziesiąt razy bardziej żal, że byłem tylko duchowo), zostałem bardzo konkretnie i pysznie (luksusowo jak na żywot studencki) nakarmiony, przeżyłem wieczorny spacer na osiedlową górkę (niezły widok na Wrocław nocą), poranną mszę niedzielną z "ostrym" kazaniem, poza tym ileś godzin rozmów przy herbacie najwyższej jakości (jako chemicy mieli na to dowody) na bardzo różne tematy. I oczywiście kilka godzin snu.
Zasadniczo nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Zwykła wizyta u rzadko widywanych przyjaciół. Ale gdzieś w tej całej normalności nawet nie szukając znalazłem skarb. Kiedyś spotkałem cytat dobrze to określający. Autora nie pamiętam, ale tekst mogę przytoczyć: "Nadzieja przychodzi do człowieka wraz z drugim człowiekiem". Tak sobie teraz myślę, że to były najlepsze (jak dla mnie) rekolekcje wielkopostne.

piątek, 2 marca 2012

W innym miejscu

Dziś będzie nieco refleksyjnie, nieco liturgiczno – teologicznie. Pamiętacie pewnie ostatni Karolowy tekst, wprowadzający P. T. Czytelników w Wielki Post. Chciałbym uderzyć w podobne klawisze, choć w zupełnie innej tonacji. Nie będę pisał o górujących nad okolicą brzydkawych kościołach z fałszywym śpiewem. O, nie. W naszym Krakowie miejsce, w którym możemy doświadczyć w praktyce tego, o czym zaraz napiszę w teorii, absolutnie nie dominuje nad swoim otoczeniem. Żeby je znaleźć, trzeba nieco wytężyć wzrok. Cerkiew greckokatolicka Podwyższenia Krzyża Świętego, bo o niej tu mowa, nie wyróżnia się specjalnie spośród innych budynków na ulicy Wiślnej, nieco lepiej jest widoczna od strony Plant. Kiedy już trafimy do jej pięknego wnętrza, możemy w tym wielkopostnym czasie natrafić na szczególne bizantyjskie nabożeństwo, zwane Liturgią Uprzednio Poświęconych Darów.

Jak przyznacie, brzmi dość nietypowo, może nawet zbyt skomplikowanie. Zacznijmy zatem od wyjaśnienia, czym ona jest. Najzwięźlej rzecz ujmując, są to nieszpory z komunią świętą, celebrowane w okazałej formie. Nabożeństwo to odprawia się wyłącznie w pierwsze dni Wielkiego Tygodnia oraz we środy i piątki Wielkiego Postu. W tradycji bizantyjskiej nie ma bowiem zwyczaju celebrowania Eucharystii w dni powszednie tego okresu liturgicznego, czyli od poniedziałku do piątku. Ta bowiem jest uroczystym i radosnym spotkaniem ze zmartwychwstałym Chrystusem, co koliduje z wymową Wielkiego Postu. A dlaczego Uprzednio Poświęconych Darów? Dlatego, bo nie dokonuje się nań konsekracji chleba ani wina, a komunii udziela się z chleba uświęconego na Liturgii w poprzednią niedzielę.

Przytaczanie słowo w słowo jej wszystkich przepięknych formuł nie ma tu sensu, pod koniec tekstu szukajcie odnośnika do pełnego tekstu. Sam skupię się na zaledwie paru fragmentach i gestach, które, moim zdaniem, zasługują na szczególną uwagę.

Na czoło wysuwa się tu modlitwa św. Efrema Syryjczyka, powtarzana podczas Liturgii kilka razy. Brzmi ona: „Panie i Władco życia mojego, oddal ode mnie ducha próżności, rozpaczy, pychy i czczych słów. Obdarz mnie, sługę Twojego, Duchem czystości, pokory, cierpliwości i miłości. Tak, Panie, Królu, daj mi również ujrzeć moje grzechy, abym nie osądzał brata mojego, albowiem błogosławiony jesteś na wieki wieków. Amen”.

Warto także zwrócić uwagę na hymn śpiewany podczas tzw. Wielkiego wejścia (jeśli przerażają Was te specjalistyczne terminy, nie stresujcie się, to w praktyce naprawdę są piękne rzeczy): „Teraz Moce niebieskie niewidzialnie służą z nami. Oto bowiem wchodzi Król chwały. Oto jest przenoszona dokonana Ofiara mistyczna. Przystąpmy z wiarą i miłością, abyśmy byli uczestnikami życia wiecznego”.

Jeśli chodzi o symboliczne gesty, najmocniejsze wrażenie robi tzw. niski pokłon – czyli skłon twarzą do samej ziemi. Postawa taka, która dla przedstawicieli świata zachodniego może kojarzyć się z islamem, jest typowa dla Kościoła bizantyjskiego w okresie Wielkiego Postu. Symbolizuje oczywiście pokorę, uniżenie się i pokutę. W czasie Liturgii Uprzednio Poświęconych Darów przyjmuje się ją kilka razy. Przykładowo, po pierwszym czytaniu kapłan staje przed wiernymi z zapaloną świecą i kadzielnicą w rękach i ze słowami „Światło Chrystusa oświeca wszystkich” czyni nad nimi znak krzyża, a ci padają na twarz trzykrotnie.

Wkrótce po tym obrzędzie kapłan okadza ołtarz z czterech stron, poczynając przy tym śpiewać: „Niech dopełni się modlitwa moja jak kadzidło przed Tobą, wzniesienie rąk moich- ofiara wieczorna”. Wersetem tym przeplata się następne fragmenty psalmu 141. W tym czasie wierni na przemian klęczą i stoją, a na koniec padają na twarz. Podobnie należy upaść na twarz podczas przenoszenia konsekrowanych darów z bocznego ołtarza na główny.

Może się wydawać, że taka forma modlitwy wielkopostnej wydaje się zbyt przerysowana i teatralna. Wcale tak nie jest. Całym sednem w Liturgii Uprzednio Poświęconych Darów nie są gesty, padanie na twarz i opary kadzidła, a piękne, głębokie teksty, rzucające czasem zupełnie inne światło na Wielki Post i jego przeżywanie. Oczywiście gorąco Was zachęcam, abyście przekonali się na własne oczy i uszy, jak piękna jest Liturgia Uprzednio Poświęconych Darów. A jeśli nie znajdziecie czasu, aby zajrzeć do jakiejkolwiek cerkwi greckokatolickiej w swojej okolicy we środy lub piątki wczesnym wieczorem, przeczytajcie chociaż pełny jej pełny tekst: http://www.mblaza.jezuici.pl//articles.php?lng=pl&pg=131.

Czas poświęcony na jego lekturę, zwłaszcza uprzednio przed Liturgią Uprzednio Poświęconych Darów, nie będzie czasem straconym.

Ps. Zdjęcie może być trochę mylące, bowiem ewidentnie nasuwa na myśl jakieś nabożeństwo rzymskokatolickie. Otóż wykonałem je w dawnym kościele oo. Bernardynów we Lwowie, który obecnie jest cerkwią greckokatolicką. A co można zobaczyć w tym pięknym mieście – to już temat na następny post.

sobota, 18 lutego 2012

W każdym miejscu.

Ostatnimi czasy chłopcy rozkręcili się na blogu. Andrzej wbił się na pierwsze miejsce listy postów wszechczasów. Adam stracił to miejsce (twierdząc, że A. B. pisze na "populistyczne" tematy). Michał próbował zrobić psychoanalizę obywateli Borsuczej (i nie tylko;) na podstawie znakomitej gry - nie było to jednak na tyle interesujące, by przyciągnąć tak duże zastępy czytelników jak tekst Andrzeja. Co populizm, to populizm...

Ja natomiast pochłonięty pracą i sesją, nie miałem nawet czasu, by - tak jak chłopcy - uciekać od egzaminów w pisanie postów i śledzenie statystyk bloga. Z przerażeniem patrzę na to jak zbliża się jeden z najważniejszych okresów w roku - Wielki Post. Z przerażeniem, bo przecież dopiero co (2 tygodnie temu) skończył się okres Bożego Narodzenia, jeszcze niedawno kolędy śpiewali. Czas płynie coraz szybciej. Nawet  pozycje na blogu ulegają ostatnio dynamicznym zmianom.

Bycie na pierwszym miejscu jest bardzo istotną sprawą - nie tylko w kontekście blogowej popularności. Wielki Post jest czasem, jak powiedział ktoś mądry, w którym próbujemy ustawić Pana Boga na pierwszym miejscu w naszym życiu (bo jak stwierdził św. Augustyn - jeśli Bóg na pierwszym miejscu, to wszystko jest na swoim miejscu).

Czas postu zawsze był ważny, pamiętam jak od małego lubiłem chodzić na drogę krzyżową, a od czasu gdy zostałem ministrantem (czyli gdzieś w II klasie gimnazjum), jako najwyższy (w szóstej klasie miałem niemal 180cm:), miałem zaszczyt nosić krzyż na czele tłumku, który w Grzymałkowie ma zwyczaj tworzyć "procesję" drogi krzyżowej. I nie miało to nic wspólnego z populizmem.

Parafia w Grzymałkowie, bardzo nietypowa, nie była dla mnie źródłem rozwoju duchowego - raczej słabe kazania, brak jakiejkolwiek wspólnoty (oprócz Sióstr Różańca), a jedyny temat wokółkościelny poruszany przez parafian to domniemane błędy i "wykroczenia" proboszcza. Nie wiem dlaczego, ale w ciągu roku lubiłem tam chodzić tylko na drogę krzyżową - być może ze względu na to trzymanie krzyża. Niosąc go przed sobą, ciężko jest patrzeć na coś innego, dlatego też musiałem (siłą rzeczy) skupić się właśnie na Nim. W innych momentach brzydki śpiew, harmider wśród ministrantów czy zawodzenie babć skutecznie wyrywało z jakiejkolwiek "zadumy" i nie pozwalało Panu Bogu na uobecnienie, na to należne pierwsze miejsce w liturgii.

Można długo pisać o Grzymałkowie, o moim rodzinnym domu i wielu innych sprawach. Można narzekać, ale - jak mówią - po co? Zawsze uważałem, ze narzekanie (choćby uzasadnione) jest bez sensu. Zatrzymam się na jednej sprawie - samym kościele. Jest wielki. Legenda wiejska mówi o tym, że chłopi specjalnie jechali na Jasną Górę i krokami mierzyli ichniejszą bazylikę - tak, żeby ich świątynia była większa. Jest większa, istotnie.
Kościół w Grzymałkowie pw. Przemienienia Pańskiego
No dobra, nie jest ładny. Podobno wygląda jak wielka remiza (ze względu na czerwony dach). Ale gdy tylko ktoś przyjeżdża już na Grzymałków, to jednym z ważniejszych punktów takiej wycieczki jest właśnie zwiedzanie kościoła. Coś dziwnego musiało tkwić w mentalności proboszcza i parafian, skoro wybudowali sobie taki "ósmy cud świata". Często staram się podtrzymywać nadzieję, że to dowód na ich cześć dla Boga. Nie chcę pytać co w ich intencji stało na pierwszym miejscu.

W moich spacerach po okolicy bardzo lubię patrzeć w stronę kościoła. Jak powszechnie wiadomo, Grzymałków położony jest w najbardziej wysuniętej na zachód części Gór Świętokrzyskich. Jest tam mnóstwo różnych wzgórz, dolinek i rzeczek przecinających coraz częściej zdziczałe pastwiska i tereny uprawne. Jednak z niemal każdego miejsca widać wieżyczkę, ten brzydki czerwony daszek, który przypomina mi nie tylko o słabości parafii, ale też o samym Panu Bogu. On przychodzi najbardziej do grzeszników, pozwala im na budowę tak śmiesznego kościoła, być może po to, by musieli go za każdym razem widzieć (co najmniej z odległości 15-20 km!)?

To jakieś 2-3 km od kościoła, ale ta wieża naprawdę "wystaje" ponad horyzont...

To przypomina mi o ważnym stwierdzeniu, na Wielki Post. Że Bóg nie ma być na pierwszym miejscu. On ma być w każdym miejscu naszego życia. Tak jak kościół w Grzymałkowie jest w każdym miejscu na terenie parafii. Być może można byłoby - per analogiam - stwierdzić, że skoro kościół jest na pierwszym miejscu wśród wszystkich budynków, to dzięki temu jest i w każdym miejscu. Ale z Bogiem tak chyba nie jest. Bowiem możemy go ustawić na pierwszym miejscu, przeznaczać większość naszego czasu na modlitwy. Ale to nie wystarczy, bo gdy z krzykiem wyskoczymy na naszych przyjaciół, zapomnimy o człowieku w domu, szkole czy pracy, albo - przede wszystkim - o sobie, to nie będzie możliwy dialog. A dialog jest podstawą zarówno naszego poszczenia, jak i działania z innymi. Dlatego tak lubię ten grzymałkowski kościół, który podczas letnich spacerów uderza mnie swą siermiężnością i otwiera - zadając pytanie: w widzisz kto jest w każdym miejscu? :)

PS. W tym kontekście bardzo polecam książkę Abrahama J. Heschela "Pańska jest ziemia"  - http://www.esprit.com.pl/101/Panska-jest-ziemia-Wewnetrzny-swiat-Zyda-w-Europie-Wschodniej.html