środa, 14 grudnia 2011

Nie patrz pod nogi...


Łatwo powiedzieć komuś, kto wychował* się w Nędzy, gdzie wszystkie chodniki są proste, albo dopiero w planach. Ulice Wielkich i Starych Miast mają to do siebie, że aby przejść po nich bez uszczerbku dla zdrowia, do znudzenia należy wykonywać gałką oczną ruch typu stopy-horyzont. Ta nużąca, lecz zbawienna w swojej istocie taktyka pomaga nie tylko uniknąć potknięcia się o wyrastający z nienacka fragment chodnika, ale i zlustrować przechodnie jednostki ludzkie w promieniu od 2 (wersja dla krótkowidzów) do 10 metrów, co z kolei zapobiega spotkaniu pierwszego stopnia (którego efektem mogłoby być na przykład zapoznanie się z przyszłym małżonkiem - metoda nie jest więc idealna, chociaż dla niektórych, o cięższym bagażu doświadczeń, mogłaby tym bardziej dowodzić jej zbawczego wpływu). Niestety, niniejsza taktyka odnosi skutek w przypadku osób, które w Wielkim Mieście chcą jedynie przetrwać. Wam, osobom o wyższych, duchowych wręcz potrzebach proponuję swoisty apgrejd**. Stopy-horyzont-nieboskłon. Ach, jakże wielkiego skupienia wymaga stosowanie takiej techniki w Wielkim Mieście.
Do rzeczy. Chcę się dzisiaj z Wami podzielić moim spostrzeżeniem. Najwyraźniej nie jestem zbyt bystry, skoro mniej więcej dwa razy do roku zdarza mi się w Krakowie odkryć Górne Miasto. Wygląda to tak, że dnia jak codnia idę sobie najzwyczajniej tą samą od dwóch lat trasą i nie wiedzieć czemu spoglądam w górę. Dzisiaj przydarzyło mi się to właśnie tam, gdzie Gołębia wpada w Bracką. Może dlatego, że wybierałem się na Mszę, mój wzrok uciekł w górę i nagle... przestałem rozpoznawać to miejsce, a gdzieś powyżej pierwszej linii balkonów zobaczyłem zupełnie nowe Miasto. Nie wiem czy to ja jestem dziwny, czy Wy też na co dzień mieszkając, biegając i załatwiając przeróżne (ważne przecież) sprawy w Wielkim Mieście nie dostrzegacie, że ponad jego zwartą architekturą rozciąga się takie same*** jak nad spokojnymi wsiami i lasami niebo.
Stało się już zwyczajem, że pisząc posta najpierw dostrzegam coś prostego, co szczególnie mnie w ostatnim czasie zaskoczyło czy zaciekawiło, a potem, żeby blog nie wyglądał zbyt łyso, doklejam temu filozoficzno-refleksyjne włoski. Tym razem wymyśliłem teorię, którą już Wam częściowo wyłożyłem: Kraków ma dwa piętra + daszek^. Ba! Ma nawet swoje własne, krakowskie niebo. Wrocław też. I nawet Warszawa. Jeśli nigdy się nad tym nie zastanawialiście, to spróbujcie przejść się po Waszych ulubionych dzielnicach w poszukiwaniu drugiej warstwy Dużego Miasta, a może wybijecie się na chwilę z rutyny. Doznania szczególnie intensywne w okolicach rynku. Oczywiście, na wielkomiejskim bruku pominięcie pierwszego elementu sekwencji stopy-horyzont-nieboskłon, może się skończyć tragicznie, ale ten drugi i trzeci są przecież o wiele bardziej...odkrywcze****. Czasem po prostu warto się potknąć, żeby zobaczyć



M.P.J.


*tylko częściowo
** to od nieustannego obcowania z komputerem, błe!
***no, może trochę bardziej przykurzone
^taki nad piętrami kamienicy, pewnie jakoś się nazywa :)
**** tak, tak - wielka myśl, jaka filozofom się nawet nie śniła, kryje się w tym zdaniu. Pozostawiam refleksji :)

sobota, 10 grudnia 2011

Galeriowe szopy



Chyba większość z nas może wyliczyć co najmniej kilka jednym tchem. Wielkie galerie handlowe stały się poniekąd wizytówką naszych czasów. Każde miasto, i duże, i małe, i z wypasionymi furami na ulicach, i z kolejkami przed urzędem pracy, chce poszczycić się takim gmaszyskiem, które będzie najdobitniej potwierdzać prestiż jego samego tudzież jego mieszkańców. Na ogół (choć nie zawsze) budynki te są potworkami ponurej architektury postmodernizmu, zajeżdżającymi z daleka pretensjonalnością. Nawet, jeśli są one budowane w myśl jakiejś idei architektonicznej, to mogę się założyć, że i tak jest ona mało czytelna lub zupełnie nieważna dla odwiedzających te przybytki. Zewnętrzna forma architektoniczna w galeriach handlowych jest tylko dodatkiem – oczywiście, im okazalszym, tym lepszym – do eksponowanych we wnętrzach treści. To właśnie wnętrze ma olśnić klienta, a tym samym zachęcić go, aby wziął udział w niezapomnianej podróży do zakupowego raju. Szczęście jest tam dosłownie na wyciągnięcie ręki, poruszającej się po linii prostej półka – koszyk. Wspaniała podróż za jeden uśmiech do portfela, czy też, jak kto woli, za pięć przycisków (PIN i zielony). Prościej się już nie da.

Nie inaczej jest w przypadku najsłynniejszej świątyni konsumpcjonizmu w naszym grodzie. Galeria Krakowska to naprawdę potężny obiekt, zewnątrz robiący jednak nieciekawe wrażenie. Elewacje wykonane są z ziejących pustką szklanych elementów (odpadających co pewien czas), gdzieniegdzie widać trochę surowej cegły. Nieco smaczku dodaje zegar w stylu art deco, reszty dopełniają toporne, stalowe elementy i zimny beton. Wnętrze – to już zupełnie inna liga. Od pierwszego spojrzenia przytłacza ono mnogością wszystkiego. Czego tam nie ma! Ruchome schody, shopy (czytaj: szopy), dostatek wyrobów najróżniejszych. Pod sufitem tysiące światełek migoczą niczym gwiazdy na niebie - prawdziwym niebie konsumenta. Każdy znajdzie tam coś dla siebie, zarówno dla ciała, jak i dla ducha. Możemy zjeść fast fooda, elegancki obiad, deser. Nabyć ostatnie bestsellery książkowe i muzyczne. Przejrzeć najświeższą prasę. Zaopatrzyć się w sprzęt narciarski na zbliżający się urlop. Rozejrzeć się za prezentami pod choinkę. Lwią część galeriowych szop stanowią butiki z ubraniami, i to bynajmniej sprzedawanymi na nie kilogramy, lecz za grube pieniądze. Na czym polega wartość tych ciuchów? Ano na tym, że mają metkę, a na tejże metce logo znanej firmy. Bez tego drobiazgu byłby one warte tyle, co dniówka wyrabiającego je Chińczyka. Ciuchy zabrudziły się? Oddamy do położonej tuż obok pralni. Przyszliśmy z dziećmi? Nie ma sprawy, możemy oddać je do „kulkowo-bawialni” lub zabrać do właściwego sklepu z dziecięcym asortymentem. Umyjemy samochód, zrobimy sobie manicure, załatwimy sobie kredyt. Pogadamy ze znajomymi, pójdziemy na spacer z rodziną. Słowem - galeria może stać się wyłącznym miejscem spędzania wolnego czasu i zastąpić nam własny dom. W tym ostatnim, zamieniającym się wówczas w hostel, pozostaje nam właściwie tylko spać.

Po co wyliczam to wszystko? Nie chcę, abyście zrozumieli mnie źle. Nie jestem przeciwnikiem istnienia takich miejsc, jak Galeria Krakowska. Nie mam zamiaru jeździć po nich buldożerami, ani też optować za handlem wymiennym pod budką z piwem. Po latach komuny i sklepów z pustymi pólkami takie miejsca naprawdę nam się należą. Uważam jednak, że przyjęcie w pełni stylu życia, który promują galerie, prowadzi właściwie do nikąd. Znajdując się w galerii możemy bowiem odnieść wrażenie, że wszystko, co potrzebne do szczęścia, jest dostępne na wyciągnięcie ręki z portfelem. A tak wcale nie jest. Kiedy kupowanie staje się celem samym dla siebie, lub co gorsza – nałogiem, możemy mówić o swoistej „galeryzacji” życia konsumenta. W niedzielne popołudnie, zamiast pospacerować po rynku, przejść się bulwarami nad Wisłą czy też delektować się smakiem zapiekanki na Kazimierzu, człowiek „zgaleryzowany” woli przemierzać kolejne sklepy z markowymi ciuchami, przymierzać dziesiątki par butów, zjeść w McDonaldsie lub Burger Kingu. Świeże powietrze zastępuje mu wszędobylski zapach markowych perfum, a ciszę – muzyka z galeriowych głośników lub stylowego ipoda. Fatalnie się czuje, kiedy nie ma na sobie markowych ciuchów, kiedy nie nadąża za najnowszymi trendami mody. Galeria staje się symbolem jego stylu życia. Nie muszę dodawać, że świat, w którym żyje taki osobnik, to jedna wielka iluzja.

W przedświątecznym czasie, kiedy przez galerie handlowe będą przewijać się tłumy, a między tymi tłumami i Wy, nie dajcie się zwariować. Szukajcie tylko tego, co jest naprawdę potrzebne. Nie dajcie sobie wmówić, że nie jesteście modni, eleganccy, i „trendy” (cokolwiek to w ogóle znaczy), jeśli nie ubieracie się w markowe ciuchy i nie spędzacie swojego wolnego czasu na spacerze przez kolejne poziomy galerii. Bo spacer taki prowadzi donikąd.




niedziela, 4 grudnia 2011

Quaestiones disputatae de errorus Caroli

Czy Karol popełnił jakiś błąd w swoim poprzednim poście (i dalszej dyspucie)?

Wydaje się, że Karol nie popełnił błędu pisząc o błędzie.
Napisał bowiem (nie wiem tylko dlaczego miałoby to być ostre), że "błąd jako wynik działania i decyzji nie istnieje." - to tylko stwierdzenie faktu (dość trywialnego) - konsekwencje decyzji po prostu (i są jakie są).
Ponadto słusznie zauważył, że naszych decyzji nie podejmujemy i nie analizujemy ich potem w pełni racjonalnie (przynajmniej większości z nich).
I trafnie spostrzegł, że błąd to termin wieloznaczny, ale powszechnie używany (i podał kilka prawidłowych, naturalnych sposobów użycia tego słowa np. "Czym jest błąd? Jest to wykonywanie czegoś w sposób niepoprawny. Mówi się m.in, o "niepoprawnych" decyzjach, umowach, zachowaniu, myśleniu, słowach itp."

Sed contra - Karol w swoim poście popełnił błąd (błędy) ;) a potem jeszcze kilka dołożył w dyskusji z Adą. (W tym miejscu zaczynam otwartą odpowiedź do Karola).
Ale zanim spróbuję się wziąć za analizę naszego problemu, jedna uwaga: Karolu, żonglujesz tu tyloma znaczeniami "błędu" (często wykluczającymi się), że naprawdę ciężko się połapać o co Ci w danej chwili chodzi; więcej, nie trzymasz się też ustalonego przez siebie znaczenia. Postaram się to krótko przedstawić:
Piszesz m.in.
a) błąd to wykonywanie czegoś w sposób niepoprawny (błędne działanie);
b) błąd to "brak informacji, wiedzy o własnych motywacjach, o własnym wnętrzu":
c) błąd to nie wyciąganie wniosków z przykrych konsekwencji naszych decyzji
d) "błąd" - zniszczenie deskorolki przez nieudolnego majstra (w zasadzie sprowadza się do "a")
e) błąd - wiara w to, że nie wolno nam popełniać błędów
Dalej, w sporze z Adą, stwierdzasz, że nie ma błędnych decyzji i kłócisz się z potocznym znaczeniem i użyciem słowa "błąd". Mam nadzieję, że widać już wieloznaczność "błędu" w poprzednim poście i dalszej dyskusji, a chyba nie muszę tłumaczyć, że tam gdzie wieloznaczność, tam często mamy też sporo kłopotów (chyba, że jesteśmy poetami i nam na precyzji nie zależy).
Dalej, choć nie zgadzam się w 100% z tym, co pisze Ada (ale jestem blisko), staję po jej stronie z tej prostej przyczyny, że jestem po stronie języka potocznego (filozoficznie mówiąc, naturalnego). I w tym to języku mówimy o błędach np. błędach w zadaniu z matematyki (i tu mamy na myśli jakieś błędy w rozumowaniu, chociażby w liczeniu), a także o błędnych decyzjach (i na tym właśnie użyciu postanowiłem się skupić).
A zatem jak używamy słowa "błąd" odnośnie decyzji (w jakich sytuacjach)? Raczej rzadko zdarza się, by już przed zadecydowaniem było wiadomo, że postępując tak a nie inaczej popełniamy jakiś błąd, najczęściej oceny błędności dokonujemy "po fakcie", gdy mamy już do dyspozycji jakiś zbiór konsekwencji danego wyboru. Pojawia się teraz pytanie o samą "decyzję": Czy podejmujemy ją w jakimś celu, czy raczej z uwagi na jakieś przyczyny - od razu widać, że nie da się tego od siebie oddzielić, wpływ na nas ma i jedno i drugie, możemy jedynie próbować określić stopień wpływu przeszłości, jak i przyszłości. W każdym razie o błędnej decyzji mówimy wtedy, gdy:
a) wynikała ze złych przesłanek, przyczyn, motywów etc.
b) nie zbliżyła nas do celu, do którego miała nas zbliżać; czyli przyniosła nie te skutki, na których nam zależało, gdy ją podejmowaliśmy (tzw. złe skutki).
Zgadzam się, że nie decyzja sama w sobie jest błędem. Ale - może być błędna (a to nie to samo, tak jak nie tym samym jest prawda co prawdziwość), czyli podpadać w jakimś stopniu pod a) i/lub b).
I może jeszcze na deser jedna "drobna" sprzeczność Karolu:
Błędem przed duże B jest wiara w to, że nie wolno nam popełniać błędów ( jednak zgadzasz się, że możemy robić coś błędnie, np. decydować);
czyli właściwa przez duże W jest wiara w to, że wolno nam popełniać błędy;
a nieco dalej, w dyskusji z Adą twierdzisz, że nie zgadzasz się z tym, iż błądzić jest rzeczą ludzką, lecz, że jest wręcz odwrotnie;
wydaje się, że można by dokonać parafrazy: nie wolno nam popełniać błędów (o ile chcemy być ludzcy) - a jest to jawnie sprzeczne z końcówką Twojego posta ;) chyba, że nie do ludzi pisałeś

Jaki jest mój wniosek: Karolu, przemyśl sprawę jeszcze raz (ale precyzyjniej) i napisz, co o tym myślisz, albo od teraz zaznacz, że Twoje posty to poezja ;)

PS: nie chodzi mi tu o zgadzanie się czy nie zgadzanie z ogólną myślą zawartą w poście, ale o to, że przez swoje niedbalstwo Karolu sprawiasz, że nie wiem z czym mam się zgadzać czy nie zgadzać.

środa, 30 listopada 2011

Zbłądzenie

Skoro na blogu zapanowała moda na mniej lub bardziej udane bajki to ja też od niej zacznę - usłyszałem ją dokładnie dzisiaj, więc aby nie niszczyć projektu posta, zamieszczę ją na początek. Jest na tyle fajna, że na pewno się potem przyda.

Zatem żył w dalekiej zamorskiej krainie pewien chłopiec, który zza tego właśnie morza otrzymał piękny prezent - elektryczną deskorolkę. Nigdy czegoś takiego nie widział, więc nie do końca miał pojęcie jak korzystać z takiego sprzętu. Po chwili nauczył się jednak jeździć, lecz niestety nie umiał się zatrzymać, po chwili wpadł na drzewo a mechanizm w deskorolce się zepsuł. Z płaczem odniósł ją tacie, który jednak stwierdził że nie zna się na czymś takim, a poza tym jest zajęty przysłowiową gazetą - chłopiec miał pozostać więc bez deskorolki. Po chwili jednak tata podniósł oczy i powiedział, że zawoła majstra, który może jednak coś zrobi. Majster, jak się okazało, był wolny i przyszedł wieczorem. Roztrzęsiony chłopiec podał mu deskorolkę i odpięty w międzyczasie mechanizm, który pozwalał jej szybciej jeździć. Majster po pięciu minutach oglądu odkręcił jedną śrubkę, spojrzał w głąb, wyjął z kieszeni drugą i przykręcił na miejsce starej. Mechanizm "śmigał". ,,Sto dolarów'' - powiedział. Tata chłopca spojrzał na niego ze zdziwieniem - ,,Sto dolarów za jedną śrubkę?'' ,,Nie.'' - odparł majster - ,,Za śrubkę 1 dolar. Za pomysł jak to naprawić - 99.''

Ostatnio bardzo często spotykam się z dziwną kategorią błędu. Czym jest błąd? Jest to wykonanie czegoś w sposób niepoprawny. Mówi się m.in. o "niepoprawnych" decyzjach, umowach, zachowaniu, myśleniu, słowach itp.. A czy można powiedzieć, że życie jest "niepoprawne", "błędne"? Moim zdaniem - uwaga, tu ostra teza - błąd jako wynik działania i decyzji nie istnieje. Są decyzje, które wywołują określone zachowanie, które - jeśli powtarzane prowadzi do nawyku. Z tychże decyzji i ich skutków wypływają konkretne informacje.

No właśnie - czy zawsze? Czy zawsze, gdy podejmę jakąś decyzję, mniej lub bardziej istotną, to czy zawsze patrzę jakie skutki ona przyniosła? Czy zastanawiam się nad nią? Czy racjonalnie przyglądam się motywacji? To jest właśnie prawdziwy błąd - brak informacji, wiedzy o własnych motywacjach, o własnym wnętrzu, przewidywalności pewnych spraw związanych ze "mną". Jest on o wiele gorszy niż "błąd", który popełniliśmy wskutek jakiejś decyzji.

Przykładowo: majster nie naprawił deskorolki, zepsuł ją jeszcze bardziej. Czy błędem w tym przypadku było to, że zabrał się do roboty? Nie sądzę - za to ryzyko dostał 99$, a nie jesteśmy, że tak powiem, Panem Bogiem, by wszystko nam wychodziło. Błędem byłoby to, gdyby nie przyjrzał się temu, co zrobił źle, ale płakałby nad swoim losem - że znowu mu coś nie wyszło. Bo ten potencjalny "błąd", zniszczenie deskorolki, wynikało z jego nie-umiejętności - nie wiedział jak ją naprawić, ale to w jego mocy leżała możliwość by się nauczyć. Człowiek, który boi się popełniania takich "błędów" nie nauczy się niczego. I to ze strachu.

Nasze szczęście zależy od nas, od naszego nastawienia. Jeśli będziemy obawiali się głupiego "błędu", to nigdy nie zgarniemy 99 dolarów. Czeka nas tylko "syndrom wyuczonej bezradności". Bo prawdziwym błędem, takim chyba przez duże B, jest wiara w to, że NIE WOLNO nam popełniać błędów.

Wszystkiego dobrego na Adwent - nie siedźcie jak borsuki w norze!

czwartek, 24 listopada 2011

יְוּדִיָּה

"W odległej krainie żyli sobie...".
Spokojnie, tylko żartowałem. Jak zwykle jestem zmuszany do napisania posta, chociaż biorąc pod uwagę datę ostatniej publikacji specjalnie się nie dziwię.
Tak zwane zbiegi okoliczności ( przez chrześcijan zwane też "picem na wodę") zdarzają się w moim życiu często. A ostatnio nawet bardziej niż często. Wchodząc dzisiejszego ranka, jak zresztą co dzień, na fb, odkryłem zamieszczony przez znajomego filmik niejakiej Mor Karbasi. Jako że muzyka w języku ladino jest już przeze mnie od dłuższego czasu znana, a nawet lubiana (Yasmin Levy!), nie zdziwiłem się na ten widok, a jedynie przypomniałem sobie, że jakieś dwa lata temu słuchałem tej pani często i z przyjemnością (nie wypada napisać "namiętnie"). Przyznam, że natrafiłem na nią przeszukując fejsbuka i inne monstra społecznościowe z nadzieją odnalezienia osób, które dzielą ze mną nazwisko. Jakże wielkie było moje zdziwienie, kiedy wśród potencjalnych krewnych odnalazłem śpiewaczkę z Izraela (co zresztą nie jest aż tak mało prawdopodobne). No cóż, mimo że to tylko pani która czaruje w ladino (miks hebrajskiego i hiszpańskiego), tak się złożyło, że akurat takiej muzyki słuchałem, szukałem i ją poznawałem. Opatrzność, czyli chrześcijański odpowiednik zbiegów okoliczności, działa, moi Drodzy, a Mor Karbasi, niczego Jej i jej nie ujmując, jest tego najsłabszym przykładem. Sugerując krótką i oczywiście spontaniczną nad tym refleksję, zostawiam Was sam(ych?) na sam(ych?*) z Mor - posłuchajcie .



* logicznie rzecz biorąc...

środa, 9 listopada 2011

Coś na dobre sny: Bajka o Złotej Muszce

W odległej krainie żyli sobie pan i pani żaba. Ich głównym problemem była problematyczna kondycja pani żaby: była brzydka, głupia i biedna. Przy czym od razu należy wspomnieć, że pan żaba miał dobrą pracę i zarabiał nawet lepiej niż nieźle, jednak wszystkie pieniądze wydawał na próby "pomocy" swej małżonce (zostawało im tylko na muchy w konserwie). Pan żaba wysyłał żonę do najlepszych specjalistów tak w kwestii edukacji jak i w dziedzinie piękna, stosujących najróżniejsze metody (także niekonwencjonalne) niestety bez skutku. Po 20 latach zaczynał już wątpić w to, czy ich sytuacja jeszcze może się zmienić.
Wtedy to po raz pierwszy usłyszał legendę o złotej muszce. Zgodnie z nią każdy, komu udało się złapać złotą muchę, mógł zażądać spełnienia czterech życzeń, a z uwagi na wielką moc muszki, mogło to dla szczęśliwego "łowcy" oznaczać całkowitą odmianę życia. Z początku sceptycznie nastawiony, z czasem pan żaba uznał, że to jedyna nadzieja dla jego żony (i tym samym dla niego) na lepsze życie i spełnienie marzeń.
W czasie gdy pan żaba zbierał wszystkie możliwe informacje na temat złotej muszki (gdzie występuje, czym się wyróżnia, jak ją złapać etc.), pani żaba szykowała ekwipunek na ich wspólną wielką wyprawę: naszykowała m. in. zapas much w konserwie, czajnik, patelnię, ciepłe szaliki a także wielką siatkę na owady. Ostatnim problemem do rozwiązania pozostawał transport: z uwagi na to, że złotą muszkę znaleźć można było bardzo, baardzo daleko, potrzebowali szybkiego i wytrzymałego środka transportu. O dziwo udało im się znaleźć kogoś, kto spełniał wszystkie kryteria, a do tego nie żądał zbyt wygórowanej zapłaty. Był to jerzyk, ptak niezbyt duży, ale za to bardzo szybki (o ile nie najszybszy spośród ptasiej braci) i niezwykle wytrzymały. To właśnie on zgodził się zabrać małżeństwo żab do Owadziego Królestwa na krańcu świata, gdzie pośród niezliczonej rzeszy owadów najróżniejszych gatunków żyła także złota muszka.
Jerzyk próbował dowiedzieć się, czy rzeczywiście konieczne są te wszystkie sprzęty załadowane do wielkiego tobołka przez panią żabę, jednakże pierwszy rzut oka na groźną minę pani żaby wystarczył, by zrezygnował z prób dyskusji. Małżeństwo żab wdrapało się na grzbiet jerzyka i wyruszyli w niezwykłą podróż. Dzięki niezwykłej sile i zwinności niepozornego ptaka, cała trójka wkrótce zbliżyła się do Owadziego Królestwa.
Powietrze zaciemniła chmura owadów, widoczność spadła niemal do zera. Jednak odważni podróżnicy nie tracili ducha i wytężali wszystkie siły, by w tym wielkim roju wypatrzyć tę, dla której porzucili wszystko i zdecydowali się wybrać na kraniec świata. Ich determinacja została nagrodzona, pani żaba zdołała wypatrzyć złotą muszkę przefruwającą nieopodal. Gdy pan żaba był już bardzo bliski schwytania złotego owada, stało się coś strasznego: wierny jerzyk okazał się nie być tak wierny, jak przypuszczali i od samego początku zaplanował zdradę - chciał złapać złotą muszkę tylko dla siebie. Wykonał szybki obrót licząc na to, że niespodziewający się niczego pan i pani żaba od razu spadną na ziemię ginąc z kretesem. Pan żaba zgodnie z jego przewidywaniami padł ofiarą podstępu jerzyka i zanim zdążył zdać sobie sprawę z tego, co się dzieje, leżał już bez tchu na ziemi.
Chytry plan jerzyka nie przewidział niezwykłej zapobiegliwości pani żaby, która w obawie przed własnym zasłabnięciem przywiązała siebie i tobołek do ciała ptaka. Choć nie była mądra, szybko zdała sobie sprawę, że jej kochany mąż nie żyje a ona w każdej chwili może podzielić jego los. Z niezwykłą jak na żabę zręcznością wyciągnęła swą ukochaną patelnię i bez namysłu zdzieliła nią wiarołomnego jerzyka w głowę. Gdy zaczęli spadać, pani żaba błyskawicznie chwyciła swą wielką siatkę na owady i dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności zdołała nie tylko złapać złotą muszkę, ale także przeżyć upadek lądując na stercie miękkich liści.
Jak się okazało legenda nie kłamała, złota muszka przemówiła żabim głosem prosząc o wolność w zamian za spełnienie dowolnych czterech życzeń. Uradowana pani żaba jednym tchem wyrecytowała upragnione z dawien dawna życzenia mądrości, piękna i bogactwa. Wystarczyło jedno machnięcie skrzydełek i trzy życzenia pani żaby zostały spełnione z nawiązką: była teraz najpiękniejszą, najmądrzejszą i najbogatszą żabą na świecie. Gdy muszka spytała o czwarte życzenie, wzrok pani żaby skierował się w stronę ciała jej ukochanego męża. Do głębi wzruszona jego poświęceniem i wiernością mimo wszelkich kłopotów, pani żaba poprosiła o zwrócenie mu życia. W momencie, gdy zdumiony pan żaba stawał na nogi, złota muszka odlatywała już w swoją stronę..
Po pełnej przygód podróży do domu, pan i pani żaba wiedli szczęśliwy żabi żywot do końca swoich dni, a ich wzajemna miłość i niezwykłe przygody są w żabim świecie wspominane do dziś.

niedziela, 6 listopada 2011

Z dawnych czasów

W naszych ponowoczesnych czasach oszałamiającą wręcz karierę zrobiła jedna literka. E – bo o niej tu mowa – czytana z angielska jako „i” podbiła niemalże wszystkie dziedziny naszego życia. Mamy e-maile, e-rejestracje, e-pity, e-sądy, e-rozkłady jazdy, e-legitymacje, e–zakupy. Te ostatnie (poprzednie zresztą też) mają niewątpliwe plusy - często dają możliwość znalezienia przedmiotów, których odszukanie na własną rękę, bez internetu, byłoby o wiele trudniejsze.

W taki właśnie sposób, jakiś czas temu, zdobyłem pewien stary list. Nazwisko jego nadawcy, którym był greckokatolicki biskup przemyski Konstantyn Czechowicz, zapewne nic Wam nie mówi. Nawet być może w tym momencie w Waszych mózgach zapaliła się lampka z napisem „suchar” i macie zamiar przerzucić się na Pudelka. Nie róbcie tego. Postaram się udowodnić, że coś, co nie jest „e”, też może być ciekawe. A pamiątki przeszłości wcale nie muszą ustępować finezją i artyzmem wytworom naszych czasów. Wręcz przeciwnie.

Na pierwszy rzut oka, list biskupa Czechowicza wcale nie zachęca, aby zapoznać się z jego treścią. Ot, kawałek starego papieru, pomięty i poplamiony przez starość. Na dodatek, gryzie w oczy odręcznym pismem i archaiczną pisownią języka ukraińskiego. Gdy jednak przyjrzymy mu się bliżej, kreski układają się w litery, litery w słowa, słowa – w zdania, a zdania - w sensowną całość. Całość na tyle interesującą i piękną, że postanowiłem nie zamykać jej w swojej teczce, lecz podzielić się nią z Wami. Oto i ona:

KONSTANTYN

z Bożej łaski i błogosławieństwa Świętej Stolicy Apostolskiej

biskup przemyski, samborski i sanocki*.

Umiłowanej w Chrystusie, Czcigodnej Anastazji Struś, wieśniaczce w Pełkiniach,

pozdrowienie i arcypasterskie błogosławieństwo!


Z doniesienia czcigodnego urzędu parafialnego w Pełkiniach miło nam było dowiedzieć się, że Wy, czcigodna Pani, przejęci duchem prawdziwej pobożności i gorliwości o chwałę Bożą i o zbawienie swojej duszy, ofiarowaliście 200 koron na odnowienie starego obrazu Przeczystej Panny Marii do budującej się cerkwi w swojej wiosce.

Owa, jak na obecne przykre czasy, tak szczodra Wasza ofiara, świadczy dobitnie o Waszej żywej wierze i gorącej miłości do Pana Boga, o Waszym przywiązaniu do swojego św. Kościoła oraz do swojego przepięknego św. Obrządku. Tym czynem miłości do Boga daliście piękny przykład do naśladowania swoim współmieszkańcom, aby oszczędzali i przynosili swoje grosze jako ofiarę dla chwały Bożej, za którą Bóg tak szczodrze nagradza swoich ofiarodawców niebieskimi darami. „Radosnego dawcę miłuje Bóg”, mówi św. Apostoł Paweł (2 Kor 9,7), a „jaką miarą mierzycie, odmierzy się Wam”, upewnia nas sam Jezus Chrystus (Łk 6, 38).

Z prawdziwą radością wyrażamy Wam, czcigodna Pani, za waszą pełną miłości ofiarność, za wasze wzorcowe, religijne życie, nasze uznanie i pochwałę, a zarazem udzielając Wam naszego arcypasterskiego błogosławieństwa, prosimy Boga, aby stokrotnie wynagrodził Waszą ofiarę, aby na każdym kroku chronił Was od wszelkiego zła, zachował w mocnym zdrowiu na mnogie lata, a kiedyś, po szczęśliwie przebytej wędrówce tego życia, pozwolił Wam dołączyć do liczby swoich chorążych niebieskich.

Dano przy naszej katedralnej świątyni Narodzenia Św. Jana Chrzciciela w Przemyślu** dnia 18 maja 1908 roku.

+ Konstantyn

biskup

Parę słów mojego komentarza jako historyka. Pewnie dziwić Was może, że biskupowi Konstantynowi chciało się wysyłać tak piękny list do jakiejś wieśniaczki w zapadłej dziurze. Sprawa staje się o wiele bardziej zrozumiała, kiedy przeniesiemy się w czasie do maja 1908 roku. W Galicji Wschodniej, a więc i w okolicach Przemyśla, panuje wtedy straszliwa bieda. Kto miał trochę grosza, często był rzymskim katolikiem, natomiast wierni biskupa Czechowicza to przede wszystkim biedne chłopstwo, bez pieniędzy i nadziei na lepszą przyszłość. Jedni masowo wyjeżdżali za Ocean w poszukiwaniu chleba i dostatniego życia. Inni niekiedy polonizowali się i przechodzili na obrządek łaciński, który kojarzył się z prestiżem i karierą. Niewątpliwie, miał rację biskup Czechowicz, pisząc o „obecnych przykrych czasach”. W takiej sytuacji datek rzędu 200 koron (wówczas to prawdziwa góra kasy) przez grekokatolika wymaga szczególnej pochwały. Tym bardziej, aby i inni wierni greckokatoliccy, idąc za tym przykładem, mogli zerwać z obrazem biednego Kościoła chłopskiego. Wówczas cerkwie greckokatolickie mogły zacząć rywalizować o prestiż z kościołami łacińskimi, aby wierni nie porzucali swojego obrządku. Warto też zauważyć, że ofiarodawczyni to mieszkanka wsi szczególnie narażonej na latynizację, bo położonej na pograniczu osadnictwa polskiego i ukraińskiego (Pełkinie leżą przy linii kolejowej z Rzeszowa do Jarosławia, zaraz nieopodal tego drugiego miasta). Stąd też tak mocno biskup Czechowicz podkreśla „przywiązanie do swojego przepięknego św. Obrządku”, gdzie, na samym styku dwóch kultur, łacińskiej i bizantyjskiej, mogło być to szczególnie trudne.

Refleksję nad samą treścią listu pozostawiam Wam. Czy była ona warta odgrzebywania – moim zdaniem tak. Nie tylko dlatego, że w dobie e-maili i facebooka poplamiony kawałek papieru sprzed ponad 100 lat wygląda nieco egzotycznie.


Na dobranoc - przypisy dla hardkorów:

* Tu następuje wyliczenie dalszych tytułów biskupa Konstantyna: Prałat domowy i Asystent Tronu Papieskiego, Hrabia rzymski, Kawaler krzyża wielkiego Orderu św. Grobu w Jerozolimie i Orderu Żelaznej Korony II klasy, członek Towarzystwa Adwokatów Rzymskich św. Piotra, rzeczywisty tajny Radca Jego c[esarskiego] i k[rólewskiego] Apostolskiego Majestatu***, Członek Izby Panów Austriackiej Rady Państwa i Sejmu Królestw Galicji i Lodomerii z Wielkim Księstwem Krakowskim.

** obecny kościół oo. Karmelitów pw. św. Teresy

*** chodzi tu o cesarza Austro – Węgier