![]() |
| Borsi życzy wszystkim czytelnikom naszego bloga niezapomnianych wakacji i udanego wypoczynku ;)! |
sobota, 9 lipca 2011
Na borsuczej wakacje...
...do odwołania :)!
środa, 22 czerwca 2011
Krótko i na temat.
Trochę dabaru na koniec sesyji :) Bo mądry, fajny i w ogóle. Prorok, rzecz jasna ;)
http://www.beczka.krakow.dominikanie.pl/index.php?section=grupa&id=125
http://www.beczka.krakow.dominikanie.pl/index.php?section=grupa&id=125
poniedziałek, 20 czerwca 2011
Będzie (prawie) katolsko - o rozproszeniach i egoizmie
Przede wszystkim zobowiązany jestem do zareklamowania naszego najnowszego filmu. Można go obejrzeć na youtube :)
http://www.youtube.com/watch?v=JLT0mYJAda4
A teraz do rzeczy...
Ostatnio trafił do moich rąk miesięcznik "W drodze". Znajdował się tam tekst "Pokochaj swoje rozproszenia. O skupieniu i jego braku" ojca K. Pałysa. Ciekawy. Mówi, w wielkim uproszczeniu, o tym że podczas modlitwy nie należy odrzucać pojawiających się rozproszeń, ale modlić się także nimi.
Po lekturze tego tekstu doszła do mnie pewna analogia, którą dosyć często sam się posługuję, ale pewnie wziąłem z jakiegoś katechizmu - że całe życie to modlitwa. Wniosek? W życiu też pojawiają się rozproszenia, dążymy do pewnego celu, szukamy sensu, ale nawet jeśli go znajdujemy, to i tak zdarza nam się zejść na bok z tej drogi. Nawet jak się "wyłapie" już ten sens, to nie jest łatwo się go trzymać, choć przecież tak często się mówi, że "gdybym miał już za co się złapać w życiu, to by poszło". A tu, mówiąc kolokwialnie, dupa. Nawet jak się czegoś złapiemy, czegoś trwałego (Bóg, rodzina, małżeństwo, kariera itd) to bardzo często zdarza nam się "puszczać". Wydaje nam się, że nie jesteśmy w stanie podołać już niczemu, ogarnia nas dołek, załamka, czy też depresja w poważniejszych przypadkach.
A czy w tych dołkach nie chodzi właśnie tylko o te rozproszenia? Tak jak ojciec Pałys mówił o "modlitwie rozproszeniami" tak i ja sobie myślę - żyjmy rozproszeniami! Przecież to o to chodzi, że zrobię sobie herbatę, że poleżę na łóżku, popatrzę w słońce, a przy okazji pouczę się do egzaminu, który jest już w tą środę. Że porozmawiam z kimś, że pobawię się na urodzinach, a następnego dnia wezmę się za ten artykuł, za który ścigają mnie już od tygodnia. No jak się nie uda, to nie - rozproszenie też jest częścią życia, trzeba zaakceptować własną niedoskonałość.
Jaki jest klucz? Ano, analogia działa dalej. Ojciec Pałys mówi o tym, że ważne jest że się modlimy, ponieważ oddajemy czas Panu Bogu, Który doskonale rozumie to, że się rozpraszamy i przyjmuje nawet taką modlitwę, podczas której marzyliśmy cały czas o tej ładnej pani, która siedziała na ostatnim wykładzie przed nami. No, albo o czymś innym, na przykład kolczykach.
Wydaje mi się, że tak samo jest z rozproszeniami życiowymi - póki są one częścią naszego oddawania się dla naszego życia, szukania prawdy o sobie samym; kiedy wreszcie wyrażają po prostu naszą tożsamość, nie prowadzą do odcięcia się od tego KIM jesteśmy naprawdę - to wszystko w porządku.
A czy są rozproszenia nie związane z naszą tożsamością? Oczywiście, nie wszystkie nasze działania, aktywności są "nasze", nie budują naszej tożsamości. Do takich działań zaliczę oczywiście po pierwsze wszystko, co niemoralne - zabijanie, złodziejstwo, krzywdzenie innych. Z drugiej, jeśli nie potrafimy lub nie chcemy oceniać tego, co dobre i złe - nie "naszymi" rozproszeniami są takie sytuacje, w których jesteśmy determinowani, konsekwencje naszych działań doprowadzają nas do stanu, gdzie nie za bardzo jesteśmy w stanie podjąć decyzji, gdzie też nie realizujemy siebie. Prosty przykład znajdzie, jak sądzę, każdy z Szacownych Czytelników: wystarczy zrobić banalny eksperyment myślowy:
1. Znaleźć kilka sytuacji życiowych, konkretnych działań i decyzji (np. pójście na imprezę do Ferdka w zeszłą sobotę lub nie-pójście na wykład/do pracy kilkanaście dni temu).
2. Zastanowić się jaki był sens tych działań.
3. Zapytanie się siebie: co daje mi ta konkretna decyzja/działanie? I co daje z siebie ja, aby to osiągnąć?
Jeśli ani sens tego działania nie był zgodny z naszym ogólnym sensem (jeśli go mamy) i jeśli koszty działania przerosły znacząco jego pozytywne efekty, to wydaje mi się, że taką aktywność należy nazwać negatywnym rozproszeniem, które spowodowało swoiste przerwanie łańcucha "skupiania się na życiu", odcięcie się od własnej tożsamości i prawdy o sobie.
Oczywiście, najgorsze gdy autorem rozproszeń negatywnych nie jesteśmy my sami (o takich o. Pałys też nie pisał!), wtedy sugeruję po prostu wyjść z takiego "pokoju", aby ich nie doznawać. No, wiem że tutaj to się strasznie proste wydaje, a takie nie jest... Ale myślę, że dróg wyjścia jest zawsze sporo. wystarczy dobrze poszukać, nie działać w emocjach.
Dlaczego tak ważny jestem JA? Moja tożsamość? Ponieważ bez silnej podmiotowości nie będziemy silnymi actorami (łac. sprawca). Nie będziemy w stanie za-inicjować (łac. initium - początek) naszego pięknego obrazu świata, który wzbogaci inne obrazy. A w perspektywie chrześcijańskiej - doda chwały Stwórcy (w tym kontekście polecam zbiorek pism Ireneusza z Lyonu - myślę, że dla niewierzących będzie to świetna lektura: Chwałą Boga żyjący człowiek)
Kończąc, składam postulat: kochajmy nasze rozproszenia! One też mogą wzbogacić...
http://www.youtube.com/watch?v=JLT0mYJAda4
A teraz do rzeczy...
Ostatnio trafił do moich rąk miesięcznik "W drodze". Znajdował się tam tekst "Pokochaj swoje rozproszenia. O skupieniu i jego braku" ojca K. Pałysa. Ciekawy. Mówi, w wielkim uproszczeniu, o tym że podczas modlitwy nie należy odrzucać pojawiających się rozproszeń, ale modlić się także nimi.
Po lekturze tego tekstu doszła do mnie pewna analogia, którą dosyć często sam się posługuję, ale pewnie wziąłem z jakiegoś katechizmu - że całe życie to modlitwa. Wniosek? W życiu też pojawiają się rozproszenia, dążymy do pewnego celu, szukamy sensu, ale nawet jeśli go znajdujemy, to i tak zdarza nam się zejść na bok z tej drogi. Nawet jak się "wyłapie" już ten sens, to nie jest łatwo się go trzymać, choć przecież tak często się mówi, że "gdybym miał już za co się złapać w życiu, to by poszło". A tu, mówiąc kolokwialnie, dupa. Nawet jak się czegoś złapiemy, czegoś trwałego (Bóg, rodzina, małżeństwo, kariera itd) to bardzo często zdarza nam się "puszczać". Wydaje nam się, że nie jesteśmy w stanie podołać już niczemu, ogarnia nas dołek, załamka, czy też depresja w poważniejszych przypadkach.
A czy w tych dołkach nie chodzi właśnie tylko o te rozproszenia? Tak jak ojciec Pałys mówił o "modlitwie rozproszeniami" tak i ja sobie myślę - żyjmy rozproszeniami! Przecież to o to chodzi, że zrobię sobie herbatę, że poleżę na łóżku, popatrzę w słońce, a przy okazji pouczę się do egzaminu, który jest już w tą środę. Że porozmawiam z kimś, że pobawię się na urodzinach, a następnego dnia wezmę się za ten artykuł, za który ścigają mnie już od tygodnia. No jak się nie uda, to nie - rozproszenie też jest częścią życia, trzeba zaakceptować własną niedoskonałość.
Jaki jest klucz? Ano, analogia działa dalej. Ojciec Pałys mówi o tym, że ważne jest że się modlimy, ponieważ oddajemy czas Panu Bogu, Który doskonale rozumie to, że się rozpraszamy i przyjmuje nawet taką modlitwę, podczas której marzyliśmy cały czas o tej ładnej pani, która siedziała na ostatnim wykładzie przed nami. No, albo o czymś innym, na przykład kolczykach.
Wydaje mi się, że tak samo jest z rozproszeniami życiowymi - póki są one częścią naszego oddawania się dla naszego życia, szukania prawdy o sobie samym; kiedy wreszcie wyrażają po prostu naszą tożsamość, nie prowadzą do odcięcia się od tego KIM jesteśmy naprawdę - to wszystko w porządku.
A czy są rozproszenia nie związane z naszą tożsamością? Oczywiście, nie wszystkie nasze działania, aktywności są "nasze", nie budują naszej tożsamości. Do takich działań zaliczę oczywiście po pierwsze wszystko, co niemoralne - zabijanie, złodziejstwo, krzywdzenie innych. Z drugiej, jeśli nie potrafimy lub nie chcemy oceniać tego, co dobre i złe - nie "naszymi" rozproszeniami są takie sytuacje, w których jesteśmy determinowani, konsekwencje naszych działań doprowadzają nas do stanu, gdzie nie za bardzo jesteśmy w stanie podjąć decyzji, gdzie też nie realizujemy siebie. Prosty przykład znajdzie, jak sądzę, każdy z Szacownych Czytelników: wystarczy zrobić banalny eksperyment myślowy:
1. Znaleźć kilka sytuacji życiowych, konkretnych działań i decyzji (np. pójście na imprezę do Ferdka w zeszłą sobotę lub nie-pójście na wykład/do pracy kilkanaście dni temu).
2. Zastanowić się jaki był sens tych działań.
3. Zapytanie się siebie: co daje mi ta konkretna decyzja/działanie? I co daje z siebie ja, aby to osiągnąć?
Jeśli ani sens tego działania nie był zgodny z naszym ogólnym sensem (jeśli go mamy) i jeśli koszty działania przerosły znacząco jego pozytywne efekty, to wydaje mi się, że taką aktywność należy nazwać negatywnym rozproszeniem, które spowodowało swoiste przerwanie łańcucha "skupiania się na życiu", odcięcie się od własnej tożsamości i prawdy o sobie.
Oczywiście, najgorsze gdy autorem rozproszeń negatywnych nie jesteśmy my sami (o takich o. Pałys też nie pisał!), wtedy sugeruję po prostu wyjść z takiego "pokoju", aby ich nie doznawać. No, wiem że tutaj to się strasznie proste wydaje, a takie nie jest... Ale myślę, że dróg wyjścia jest zawsze sporo. wystarczy dobrze poszukać, nie działać w emocjach.
Dlaczego tak ważny jestem JA? Moja tożsamość? Ponieważ bez silnej podmiotowości nie będziemy silnymi actorami (łac. sprawca). Nie będziemy w stanie za-inicjować (łac. initium - początek) naszego pięknego obrazu świata, który wzbogaci inne obrazy. A w perspektywie chrześcijańskiej - doda chwały Stwórcy (w tym kontekście polecam zbiorek pism Ireneusza z Lyonu - myślę, że dla niewierzących będzie to świetna lektura: Chwałą Boga żyjący człowiek)
Kończąc, składam postulat: kochajmy nasze rozproszenia! One też mogą wzbogacić...
wtorek, 14 czerwca 2011
Lekka abstrakcja.
Ech, Karol i Andrzej znów znęcali się nade mną psychicznie, a także drogą mailową. Więc siadam i skrobię. Ale nie chce mi się, przyznam szczerze. "Bo nie". Na ostatnich zajęciach (kiedy to było...) z językoznawstwa (studiuję filologię, gdyby ktoś jeszcze nie wiedział po roku) mówiliśmy sobie o manipulacji, etologii odnoszącej się do człowieka i okazało się, że po licznych eksperymentach, uczeni stwierdzili, że słowo "bo" wyłącza u nas dalsze myślenie, co czyni go jednym z bardziej zaawansowanych narzędzi manipulacji (a w zasadzie logopulacji). Dużo się też ostatnio nasłuchałem na temat asertywności i mądrego stawiania na swoim i czuję, że muszę dogłębnie odmienić swoje życie.
No, więc nie napiszę jednak tego posta, bo (i mógłbym tu podać tysiąc różnych powodów, ale żaden nie przychodzi mi do głowy*, więc napiszę po prostu:) nie.

"Pyrtolę nie robię"
M.P.J.
* Na przykład praca nad asertywnością**.
** Chociaż może to tylko przykrywka dla lenistwa***
***
Pracujcie nad lenistwem ,
nie dajcie mu się,
bo jak nie,
to was zje,
oł je.
No, więc nie napiszę jednak tego posta, bo (i mógłbym tu podać tysiąc różnych powodów, ale żaden nie przychodzi mi do głowy*, więc napiszę po prostu:) nie.
"Pyrtolę nie robię"
M.P.J.
* Na przykład praca nad asertywnością**.
** Chociaż może to tylko przykrywka dla lenistwa***
***
Pracujcie nad lenistwem ,
nie dajcie mu się,
bo jak nie,
to was zje,
oł je.
poniedziałek, 6 czerwca 2011
Odwiedziny... :)
Borsucza przyciąga coraz więcej ludzi. W ostatnią niedzielę borsucza nora otworzyła się na nowe doświadczenie.. Pisałem sobie spokojnie pracę na zaliczenie kursu "Człowiek jako mikrokosmos, imago Dei, osoba. Zarys średniowiecznej antropologii" gdy rozległo się delikatne pukanie do drzwi.. Otworzyłem, a tam czekały na mnie dwie młode, urocze i uśmiechnięte dziewczyny z jakąś gazetką i Pismem Św. Przywitaliśmy się i jedna z nich stwierdziła, że każdy z nas stracił kogoś bliskiego. Spytała więc, czy wierzę, że spotkam takie osoby po śmierci. Oczywiście odpowiedziałem, że wierzę. Ucieszyły się, jedna z nich od razu otworzyła Pismo Święte i przeczytała mi werset z Dziejów Apostolskich na temat zmartwychwstania prawych i
nieprawych po Sądzie Ostatecznym pytając, jak to sobie wyobrażam. Zastanowiłem się chwilę "od razu wyskoczyć z Tomaszem z Akwinu i Summą, która leżała w pokoju na biurku, czy dać im szansę?".. Dałem im szansę, odpowiedziałem dość skrótowo i wtedy zauważyły napis na mojej koszulce "Wydział Filozoficzny UJ ostrzega: niebezpieczeństwo! promieniowanie umysłu". Spytały, czy studiuję filozofię, potwierdziłem. Zauważyły, że w związku z tym muszę mieć otwarty umysł, oczywiście zgodziłem się. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę o studiach, ewentualnych perspektywach zawodowych na przyszłość, dziewczęta przedstawiły się (o ile dobrze pamiętam Magda i Aneta), uśmiechnęły, pożegnały zostawiając mnie w zadziwieniu i z nowiutką Strażnicą otwartą na artykule na temat Zmartwychwstania w ręku... Powiedziały, że jeszcze przyjdą. Mam nadzieję, że nie kłamały :) Od dawna już czekałem na okazję rozmowy ze Świadkami. A tu nieoczekiwanie marzenie się spełniło i to w jakim wydaniu... :) Komu jeszcze ostatnio spełniło się jakieś marzenie?
nieprawych po Sądzie Ostatecznym pytając, jak to sobie wyobrażam. Zastanowiłem się chwilę "od razu wyskoczyć z Tomaszem z Akwinu i Summą, która leżała w pokoju na biurku, czy dać im szansę?".. Dałem im szansę, odpowiedziałem dość skrótowo i wtedy zauważyły napis na mojej koszulce "Wydział Filozoficzny UJ ostrzega: niebezpieczeństwo! promieniowanie umysłu". Spytały, czy studiuję filozofię, potwierdziłem. Zauważyły, że w związku z tym muszę mieć otwarty umysł, oczywiście zgodziłem się. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę o studiach, ewentualnych perspektywach zawodowych na przyszłość, dziewczęta przedstawiły się (o ile dobrze pamiętam Magda i Aneta), uśmiechnęły, pożegnały zostawiając mnie w zadziwieniu i z nowiutką Strażnicą otwartą na artykule na temat Zmartwychwstania w ręku... Powiedziały, że jeszcze przyjdą. Mam nadzieję, że nie kłamały :) Od dawna już czekałem na okazję rozmowy ze Świadkami. A tu nieoczekiwanie marzenie się spełniło i to w jakim wydaniu... :) Komu jeszcze ostatnio spełniło się jakieś marzenie?
czwartek, 26 maja 2011
Związek - Rozsądek (???)
Wiosna w pełni, parę dni temu nawet lato było. Objawia się ona nie tylko w temperaturze powietrza, ale także temperaturze ciał rozłożonych w różnorakich pozycjach na ławkach krakowskich w okolicach Plant. Czułość okazywana sobie wzajemnie przez pary tych różnych ciał bywa niebywała. Wręcz uderzająca, szczególnie jeśli siedzi się na ławce obok.
Ale nie o tym chciałem mówić - zakochanie, całusy, czułości (miód, cud, orzeszki) - to piękna sprawa, szczerze tym wszystkim parom ciał zazdroszczę tak wspaniałych przeżyć. Swoją drogą myślę, że jest to tak wielka dla nich radość, że czują ogromną potrzebę dzielenia się nią, okazywania jej dalej.
Od razu narzuciło mi się pytanie o rozsądek - rozsądek w związku. Zazwyczaj związek oparty na racjonalnych, zdroworozsądkowych przesłankach traktowany jest raczej negatywnie - kojarzy się np. z małżeństwem ustawionym przez rodziców, gdzie panna młoda młodsza jest o 30 lat od swego męża - wiadomo, że nie ma wówczas mowy o szczęściu. Czasy, gdy małżeństwa z "rozumu" tego typu były zawierane we wszystkich sferach społecznych, chyba minęły - wyjąwszy może współczesną arystokrację. Myślę jednak, że coraz częściej można spotkać - szczególnie wśród ludzi religijnych - małżeństwo, czy raczej związek z "rozsądku" innego typu.
Chodzi tu o sytuację w której jedna strona wybiera drugą nie ze względu na zakochanie, podobanie się, ale - często podświadome - uczucie, że "z kimś takim powinnam/powinienem być". To jest ktoś, z kim znajdę szczęście, będą fajne dzieci, fajne wakacje, fajne życie. Myślę, że to głos rozsądku mówiący, że ładniejszej/mądrzejszej/lepszej/itd dziewczyny/chłopaka nie znajdziesz --> łap, chwytaj, bierz. Z drugiej strony, często głos rozsądku mówi, że już czas na to, ze jak będziemy zwlekać, to nic nie znajdziemy, będziemy samotni. Bardzo często robią tak ludzie religijni, szukając koniecznie wypełnienia swojego "powołania". Nie mówię, że to jest złe - rozsądek sam w sobie nie jest zły. Zły jest dopiero wtedy, gdy towarzyszy mu "uczucie" (jak zauważyliście w cytatach często umieszczam słowa, które nie do końca oznaczają to, co mam na myśli - zdaję się na intuicję Szanownego Czytelnika :-) lęku. Lęku przed samotnością, przed nie znalezieniem Nikogo-Lepszego. Myślę, że taki lęk z jednej strony oparty jest na braku ufności we własne siły (z jednej strony), ale też braku ufności w stronę owego potencjalnego partnera (z drugiej strony). Biorąc pod uwagę tą drugą stronę - brak tej ufności polega na tym, że rozsądek - jeśli już jest - opiera się nie na zaufaniu, jak jest w miłości, ale na lęku. To jest taka zdroworozsądkowość nowych czasów, rzekłbym - postmodernistyczna rozsądkowość. Ludzie tak boją się o swoją przyszłość, kariery, szczęście, dzieci (których to jeszcze nie ma na świecie...) że biorą pierwszą osobę, która tak naprawdę nie da im miłości. Dlaczego? Bo traktują ją, jakby powiedział Kant, nie jako cel, ale jako środek - środek do własnego szczęścia, czy innych spraw.
A rozsądek w innych sprawach - to już inna kwestia...
![]() |
| Takiej ławki na Plantach krakowskich nie uświadczymy |
Ale nie o tym chciałem mówić - zakochanie, całusy, czułości (miód, cud, orzeszki) - to piękna sprawa, szczerze tym wszystkim parom ciał zazdroszczę tak wspaniałych przeżyć. Swoją drogą myślę, że jest to tak wielka dla nich radość, że czują ogromną potrzebę dzielenia się nią, okazywania jej dalej.
Od razu narzuciło mi się pytanie o rozsądek - rozsądek w związku. Zazwyczaj związek oparty na racjonalnych, zdroworozsądkowych przesłankach traktowany jest raczej negatywnie - kojarzy się np. z małżeństwem ustawionym przez rodziców, gdzie panna młoda młodsza jest o 30 lat od swego męża - wiadomo, że nie ma wówczas mowy o szczęściu. Czasy, gdy małżeństwa z "rozumu" tego typu były zawierane we wszystkich sferach społecznych, chyba minęły - wyjąwszy może współczesną arystokrację. Myślę jednak, że coraz częściej można spotkać - szczególnie wśród ludzi religijnych - małżeństwo, czy raczej związek z "rozsądku" innego typu.
Chodzi tu o sytuację w której jedna strona wybiera drugą nie ze względu na zakochanie, podobanie się, ale - często podświadome - uczucie, że "z kimś takim powinnam/powinienem być". To jest ktoś, z kim znajdę szczęście, będą fajne dzieci, fajne wakacje, fajne życie. Myślę, że to głos rozsądku mówiący, że ładniejszej/mądrzejszej/lepszej/itd dziewczyny/chłopaka nie znajdziesz --> łap, chwytaj, bierz. Z drugiej strony, często głos rozsądku mówi, że już czas na to, ze jak będziemy zwlekać, to nic nie znajdziemy, będziemy samotni. Bardzo często robią tak ludzie religijni, szukając koniecznie wypełnienia swojego "powołania". Nie mówię, że to jest złe - rozsądek sam w sobie nie jest zły. Zły jest dopiero wtedy, gdy towarzyszy mu "uczucie" (jak zauważyliście w cytatach często umieszczam słowa, które nie do końca oznaczają to, co mam na myśli - zdaję się na intuicję Szanownego Czytelnika :-) lęku. Lęku przed samotnością, przed nie znalezieniem Nikogo-Lepszego. Myślę, że taki lęk z jednej strony oparty jest na braku ufności we własne siły (z jednej strony), ale też braku ufności w stronę owego potencjalnego partnera (z drugiej strony). Biorąc pod uwagę tą drugą stronę - brak tej ufności polega na tym, że rozsądek - jeśli już jest - opiera się nie na zaufaniu, jak jest w miłości, ale na lęku. To jest taka zdroworozsądkowość nowych czasów, rzekłbym - postmodernistyczna rozsądkowość. Ludzie tak boją się o swoją przyszłość, kariery, szczęście, dzieci (których to jeszcze nie ma na świecie...) że biorą pierwszą osobę, która tak naprawdę nie da im miłości. Dlaczego? Bo traktują ją, jakby powiedział Kant, nie jako cel, ale jako środek - środek do własnego szczęścia, czy innych spraw.
A rozsądek w innych sprawach - to już inna kwestia...
poniedziałek, 16 maja 2011
... i już się nie bawimy.
Niestety. Stało się najgorsze - przynajmniej w związku z filmem. Najprawdopodobniej jednak nasz film nie zostanie zgłoszony do festiwalu, ponieważ padł nam sprzęt - komputer na którym znajdował się projekt filmu i cała praca stał się celem ataku wirusa... Nie wiemy jeszcze, czy wszystko stracone, być może nie, jednak na 99% nie zdążymy ukończyć filmu w tej sytuacji, przynajmniej nie do środy.
Bardzo to wszystko przykre, chcielibyśmy przeprosić tych, którzy liczyli na naszą obecność podczas Slavangardu. Słyszeliśmy jednak, że konkurencja z pewnością będzie godna Borsuków:).
Trzymajcie kciuki za komputer!
Bardzo to wszystko przykre, chcielibyśmy przeprosić tych, którzy liczyli na naszą obecność podczas Slavangardu. Słyszeliśmy jednak, że konkurencja z pewnością będzie godna Borsuków:).
Trzymajcie kciuki za komputer!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

