poniedziałek, 30 stycznia 2012

Zamknij oczy, a znajdziesz się....

Dziś zapraszam Was na krótką podróż. Rozejrzycie się wokół – wszystko zachęca, aby wyrwać się stąd i udać w jakieś inne, znacznie ciekawsze miejsce. Na Waszym biurku – stos zeszytów, książek, kserówek tudzież innego badziestwa związanego z sesją. Za oknem – siarczysty mróz, przenikliwy wiatr, a nie jest to jeszcze ostatnie słowo zimy. To co, spadamy stąd? No to siup: zamknijcie oczy i zjedźcie trochę myszką w dół.



Teraz otwórzcie oczy.


Nie ma śniegu, mrozu, wiatru, sesji. Świeci letnie słońce, a my sterczymy na jakiejś pustce, po horyzont tylko pola i lasy w oddali. Znaleźliśmy się w województwie podkarpackim, dokładniej, w północno – wchodniej jego części w okolicach Lubaczowa, a jeszcze dokładniej – we wsi Stare Oleszyce. Zapytacie pewnie: A cóż nas sprowadza w tym sesyjnym czasie do jakiejś dziury, świecącej pustkami? No właśnie. W Starych Oleszycach, podobnie jak w wielu innych wioskach wokół Przemyśla, między takimi pejzażami możemy odszukać miejsce wyjątkowe - opuszczoną od ponad 60 lat cerkiew greckokatolicką. Absolutnie genialną.

Tak prezentuje się ta niezbyt wielka świątynia z zewnątrz. Nie jest też zbyt stara, bo zbudowana została w latach 1910 – 1913. Na pierwszy rzut oka, wygląda raczej odstraszająco – dach przerdzewiał, okna zostały wybite, a wokół opuszczony cmentarz. Ale kiedy otworzymy wrota, naszym oczom ukazuje się jej fenomenalne, ozdobione malowidłami wnętrze.

Jak udało mi się odgrzebać wśród starych dokumentów biskupów greckokatolickich w Przemyślu, cerkiew była „malowana w roku 1929 w prezbiterium i kopule, kosztem 2000 zł”. Z kolei na jednym z malowideł widnieje data 1930. Nazwiska autora nie udało mi się jeszcze ustalić. Część polichromii została już zniszczona, albo wskutek wybicia okien, albo przeciekania dachu, lub też działania chemikaliów i wandali. W latach PRL-u świątynia ta służyła bowiem jako magazyn nawozów i materiałów budowlanych. Najciekawsze z tego, co jednak ocalało, postaram się Wam jak najrzetelniej zademonstrować. Czas zacząć nasz wirtualny spacer.

Najefektowniejsza jest polichromia kopuły. W bizantyjskiej architekturze sakralnej symbolizuje ona niebo, aniołów i chwałę Boga. Dokładnie tak przyozdobiono ją w naszej cerkiewce. Błękit, anioły i cherubiny wśród chmur, złociste promienie – oto znaleźliśmy się w niebie.

Świątynia nosi wezwanie Opieki Matki Boskiej. Według legendy, w soborze na Blachernach w Konstantynopolu miała objawić się Bogurodzica, rozpościerając swój płaszcz ponad zgromadzonymi wiernymi. Możecie tam zauważyć cesarza bizantyjskiego, patriarchę, świętych, zwłaszcza św. Romana, autora słynnego Akatystu ku czci Matki Bożej. Ten ostatni trzyma w ręku zwój z tekstem - mimo zacieków na malowidle, jeszcze można go odszyfrować: Oto Dziewica stoi w cerkwi i z rzeszą świętych niewidzialnie modli się za nas do Boga.

Przeciekawy jest cykl czterech scenek rodzajowych, o tak uroczym i ludowym charakterze, że nie sposób pominąć tu choć jedną.

Umiera staruszek. Przez znajome już Wam pola i lasy zmierza ku niemu ksiądz greckokatolicki w pięknych, bizantyjskich szatach. Rodzina modli się wokół łóżka umierającego, a ten z przerażeniem dostrzega uśmiechającą się do niego uroczo śmierć z kosą.

Pali się drewniana chałupina we wsi. Mieszkańcy gorączkowo biegną z wiadrami. Sąsiedzi pobożnie wyszli na drogę z ikonami w rękach. A ich dom nie zajmuje się.

W falach wzburzonego morza pogrąża się okręt. Dryfujący na resztkach masztów rozbitek wyciąga rękę w stronę Maryi z Dzieciątkiem.

Chłop orze pole w czasie burzy. Na widok groźnej błyskawicy – czyni pobożnie znak krzyża.

Nie jest to kompletny przewodnik po malowidłach, które można zobaczyć na ścianach opuszczonej cerkwi w Starych Oleszycach. Sporo pominąłem, i to nie z lenistwa. Aby zobaczyć wszystkie, musicie wybrać się tam osobiście. Im szybciej, tym lepiej, bo świątynia coraz bardziej popada w ruinę, a stan polichromii pogarsza się cały czas. Z roku na rok ubywają nieodwracalnie kolejne fragmenty. Przez grzyb i zacieki kolejne anioły i święci tracą głowy, szaty i skrzydła, spadające wraz z tynkiem na zaśmieconą posadzkę.

Zdawajcie egzaminy, brońcie prace magisterskie i inżynierskie. A zdobytą wiedzę wykorzystujcie, ratując takie miejsca jak to. Piórem, klawiaturą, aparatem, miotłą, teodolitem, zaprawą murarską, czymkolwiek. Bez nich świat jest wiele uboższy. A rozpadający się i rozpływający Aniołowie z pewnością będą Wam wdzięczni.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Szanowny Panie!

Drodzy!

Sesja w toku. Nauka pogrzebała nas w norze, ledwo trzymamy się na nogach (choć jesteśmy byka.. Tfu, borsukami z 4 roku i mamy po 0-3 egzaminy na łebka).

Chciałem napisać tylko o jednej małej rzeczy, acz ważnej i niezmiernie dającej do myślenia. Chodzi o listy, korespondencję. A dokładniej - kulturę korespondencji.
Wiadomo, kultura ta mocno straciła na znaczeniu od kiedy nie piszemy już listów na papierze (a szkoda to wielka). Zresztą, kto nie pisze, ten nie pisze :).



Zatem, o co mi chodzi? A chodzi o to, że ostatnio mam dziwną passę otrzymywania niekulturalnych maili. Wiadomo, epoka internetu, koniec z poprawnością językową, te sprawy... A to mała rzecz - przytoczę "historię korespondencji" z pewnym panem z serwisu allegro (kupowałem od niego grę planszową):

JA (15.01)
Szanowny Panie,

proszę o przesłanie danych do przelewu.
Przesyłkę proszę wysłać priorytetem (takie paczki są rejestrowane - 15zł na pewno starczy) na adres (...)
Pozdrawiam,
Karol W.

PAN (15.01)
Witam i gratuluję zakupu :)

(...)

Nie wiem ile wyniesie masa paczki, z doświadczenia wiem, że te kartoniki trochę jednak ważą, jeśli 15 zł wystarczy na koszt nadania i koperty bąbelkowej (koło 1 zł) to oczywiście tak zrobię. Paczkę wyślę najpóźniej na następny dzień po zaksięgowaniu wpłaty (zwykle w WBK przelewy mam koło 12 a akurat o tej porze wychodzę do pracy więc nie będę w stanie tego sprawdzić do wieczora).
Pozdrawiam
Krystian (...)


JA (15.01)

Szanowny Panie,

przesłałem 67 złotych, czyli za przesyłkę wychodzi 16zł - gdyby kosztowała kilka złotych więcej to oczywiście  należną kwotę doślę - zależy mi jednak na czasie.

Pozdrawiam,
Karol W.


PAN (15.01)

Witam,

przelew dotarł, paczkę wysyłam jutro koło godziny 12. Będzie priorytet tak jak Szanowny Pan sobie życzy, pozdrawiam :)

K. 


Wiecie już o co chodzi? Tak, o "szanownego pana":)! Pan Krystian już po drugim mailu poczuł się niepewnie - no bo po co do nieznanego faceta w potencjalnym przedziale 15-70 lat pisać "Szanowny Panie", jak można "witam". Krócej, fajniej. 

O co chodzi z tym "witam"? Po co się czepiam i narażam na pośmiewisko ze strony Szanownego Czytelnika? Myślę, że przyda się ta wiedza, że nie tylko do profesora, ale i do nieznajomego studenta, allegrowicza, pana od preclów, etc zwracamy się w mailu per "Szanowny Panie". Dlaczego nie "witam"? Słownik, jak i potoczne słowne użycie, sugeruje że jest to przywitanie, które stosuje gospodarz do kogoś, kto przychodzi. Sugeruje też pewną hierarchię. Z jednej więc strony jest ono niestosowne w mailu, a z drugiej - niepoprawne. 

Wiadomo, sam nie grzeszę poprawnością językową. Ale od pamiętnych ćwiczeń z ontologii na II roku, nauczyłem się, że piszemy do p. Prowadzącego maila zaczynające się od "Szanowny Panie" (inaczej nie odpisywał). Na początku się śmiałem, ale jakże to przydatna wiedza, jak sobie pomyślę? Jedna z najcenniejszych części "wiedzy proceduralnej", jaką otrzymałem na - co by nie było - teorii bytu! Kto by się spodziewał..

I jeszcze na koniec mail od Szanownego Pana Krystiana :)
PAN (15.01)

Witam Szanownego Pana,

pPaczka została nadana w okolicy godziny 12, priorytetem zgodnie z Szanownego Pana życzeniem, koszt przesyłki 13 zł, koszt koperty 1,40. Za pozwoleniem nadwyżkę 1,60 przekażę na cele charytatywne, akurat zbieram łyżki stołowe do świetlicy środowiskowej w której jestem kierownikiem, w supermarkecie za te kwotę powinienem nabyć dodatkową. W przypadku braku zgody kwotę niezwłocznie odeślę przelewem :)

Pozdrawiam
Krystian K.

Pozdrowienia z Borsuczej i powodzenia w sesji dla wszystkich Czcigodnych Czytelników (CzCz)!

Carolus



niedziela, 15 stycznia 2012

Nie-do-powiedzenia

Po motywująco-zagrzewających postach Adama i Michała pora na zmianę klimatu :)
Kilka razy przymierzałem się do niniejszego tematu, wreszcie straciłem nadzieję na to, że uda mi się jakoś bardziej poukładać to co mam w głowie, w związku z tym będzie to mozaika ciut niespójnych i niezwiązanych ze sobą myśli. W zasadzie pasuje to do opisywanego zagadnienia, które samo w sobie ma wiele twarzy. Do rzeczy.
Bywa (u niektórych częściej, u innych rzadziej), że chcemy coś powiedzieć/wyrazić/zakomunikować i nie bardzo nam to wychodzi. Brakuje słów. A nawet jeśli już jakieś się znajdą, niemal równocześnie z chwilą ich wypowiedzenia ma się wrażenie, że totalnie rozmijają się ze źródłową myślą, intuicją. Napotykamy na dziwną granicę, której nie jesteśmy w stanie przekroczyć.
Nie wiem jak często coś takiego was spotyka, mnie dość notorycznie. Może nie byłoby to aż tak problematyczne, gdyby nie zdarzało się akurat w takich chwilach, gdy szczególnie zależy nam na podzieleniu się z kimś czymś bardzo dla nas ważnym. A właśnie wtedy nie-do-powiedzenie uderza najbardziej. Najzabawniej jest, gdy wcześniej przeprowadzamy kilkadziesiąt/set symulacji danej rozmowy, wydaje się nam, że rozłożyliśmy temat na łopatki, ale na końcu to nasze słowa leżą, a milczenie triumfuje. Kłopotliwe. Wiercące. Nie dające spokoju. Okazuje się wtedy, że cisza, która krzyczy, nie jest aż tak dziwna.
Nie zawsze chodzi o rozmowę (przynajmniej nie o dialog z kimś). Nie-do-powiedzenia przytrafiają się także na gruncie rozmowy wewnętrznej. Sami sobie nie potrafimy czasem czegoś powiedzieć, choć mamy na to ochotę. Ba, nawet nie ochotę, ale silną potrzebę. I nic. Pusto, figa z makiem.
Ujmując to delikatnie, nieproszone milczenie potrafi zajść nam za skórę, nie lubimy go. Nic dziwnego. Mało co potrafi nam tak skutecznie uprzytomnić ulotność naszej władzy, w tym wypadku nad językiem. Bo nagle okazuje się, że narzędzie, którym posługujemy się z taką wprawą, nad którym panujemy z takim poczuciem pewności siebie, przestaje nas słuchać, a my możemy tylko bezradnie rozłożyć ręce. Nie zawsze łatwa lekcja pokory.
Język, który na co dzień jest naszym podstawowym "oknem na świat", potrafi ni z tego ni z owego zaskoczyć "szybą", o którą się czasem w tym oknie rozbijamy. Dziwny paradoks.
Ale z drugiej strony, czy rzeczywiście dobrze by było, gdybyśmy potrafili powiedzieć wszystko? Gdyby słowo nie miało żadnych granic?

sobota, 7 stycznia 2012

Laur jako środek nasenny znany starożytnym.

Tytuł długi, ale będzie konkretnie. Nie wiem czy z meandrów Waszej pamięci jesteście w stanie wyłowić coś tak nieznacznego jak mój post z okolic września (i to ubiegłego roku!), ale niezależnie od tego czy zastosujecie metodę wędkarską, czy też zechcecie poszperać w archiwum (nic lepszego na tym świecie, czyż nie, Adamie? :)), chciałbym Wam przypomnieć temat, który we wspomnianym poście poruszyłem. Pisałem w nim o inicjatywie. Nie o inicjatywie biernej, ale aktywnej, szukającej okazji, a nie tylko wykorzystującej te spadające z Nieba. Zapowiedziałem też, że będę Was informował o rezultatach krzesania tejże inicjatywy w przypadku mojej skromnej osoby. Zaznaczę od razu, że części z "pewnych postanowień, które ongiś powziąłem" (niektórych jeszcze, niektórych permanentnie) nie udało mi się zrealizować, ale nie o to chodzi. Lista rzeczy zatytułowana, nie must-do, ale worth-doing była długa i oczywiście nie przewidziałem w niej wszystkiego, z czym dane mi się było od tego czasu zmierzyć, ale... sami zobaczcie co z tego wyszło i jakie są rezultaty.
Bóg stworzył mnie mężczyzną, co w pewnym stopniu tłumaczy moje zamiłowanie do tabelek, statystyk itp., tak więc wybaczcie, że posłużę się teraz barbarzyńską listą, zamiast ubierać wszystko w piękną formę i słowa:

-> przedmiot robiony awansem - niby nic, ale okazuje się, że można go jeszcze gdzieś upchnąć, co odciąży mój plan w przyszłym roku)

-> tłumaczenie - cantiga, którą przytoczyłem w jednym w postów, nie trafiła na tego bloga przypadkiem - okazuje się, że tłumaczenie z wymarłego języka może być nie tylko rozwijające, zabawne i twórcze, ale daje też realne szanse na zyski i wykroczenie z projektem poza grupę fascynatów - fanatyków

-> konferencja - nie należę do osób kochających wystąpienia publiczne, ale wybrałem się na konferencję naukową portugalistów do Lublina z dość nietypowym tematem, i co? Był stres, ale byli też ciekawi wykładowcy, portugaliści z całej Polski, świetne zakwaterowanie i całkiem niezła wyżerka :)

->praca -niektórzy z Was mogli poznać moje dziecko, któremu wyrodny ojciec nadał nazwę Bibliopolis. Dla niewtajemniczonych - biblijna przeróbka nieśmiertelnego eurobiznesu stworzona z pomocą kilku przyjaciół. Otóż pewnego deszczowego wieczoru miast do szkoły, postanowiłem (Ktoś z góry maczał w tym Palce, jestem pewien) wysłać własne dziecko do jednego z wydawnictw, które to wydawnictwo ze względu na odmienny obszar zainteresowań moją propozycję odrzuciło, ale w zamian dostałem namiary na inną firmę, która grą się zainteresowała (mimo że, notabene, nie ma zamiaru jej wydawać). Współpraca się zawiązała, pierwsze pieniądze wpadły do ręki, a za niedługo możecie spodziewać się hitu (oby!). Jak to ktoś trafnie stwierdził "czy może być bardziej lajtowa praca od tworzenia planszówek?". Cóż - co prawda martwe linki to gatunek w tej pracy występujący dość powszechnie, ale praca faktycznie jest wymarzona. Jako ciekawostkę dla chrześcijan mogę podać fakt, że tzw. "dziwnym trafem" mój szef mieszka 5 minut piechotką od Borsuczej i sam stara w gry wszczepiać trochę chrześcijaństwa. Ot, przypadek, że się spotkaliśmy.

-> no i na koniec największy "sukces", a zarazem największe szczęście, o którym nawet jeśli bym tu napisał i tak nie dało by się go wyrazić :) Kto ma wiedzieć ten wie, a jeśli nie, to Kraków wielką wsią nie jest i wkrótce pewnie się dowie.

Podsumowanie chciałbym pozostawić bez głębszych refleksji z mojej strony. Starałem się unikać konkretów, żeby pokazać sam tylko, najprostszy i niestety ubrany w frazesy mechanizm. Naprawdę się da, jeśli się próbuje. Nie samemu, co prawda, ale właśnie dlatego inicjatywa jaką trzeba się wykazać, jest niewspółmierna do jej rezultatów. Tyle. Do pracy rodacy!

M. C.


P.S. Może ktoś za tym panem nie przepada, ale i tak polecam mój spodchoinkowy prezent zatytułowany Bóg, Kasa i Rock 'n' Roll Hołowni i Prokopa. Książka nietypowa, bo jest zapisem rozmowy dwóch panów (inteligentny wierzący vs inteligentny niewierzący), którzy w cywilizowany i grzeczny sposób prowadzą jeden z najstarszych dialogów świata. Szczerze polecam, szczególnie katolikom, którzy wiarę wchłonęli razem z mlekiem matki.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Nie bądź Generałem Fujarą!

Tak się jakoś utarło, że w ostatnich dniach starego, lub w pierwszych chwilach nowego roku, podejmuje się z tej okazji najróżniejsze postanowienia. Rzucanie palenia, oszczędzanie prądu, bieganie w wolnym czasie, zabranie się do roboty – długo mógłbym tutaj wymieniać. A jestem pewien, że lista potencjalnych spraw, w których warto coś zmienić, byłaby dość długa, i to w przypadku każdego z nas. Absolutnie nie mam zamiaru mądrzyć się i pouczać Was, co też powinniście sobie postanowić lub też nie. Mam dla Was tylko jedną radę. Jeśli od pierwszych dni nowego roku zamierzacie zmienić coś w swoim życiu, nie bądźcie jak Generał Fujara. A kto to taki? Już spieszę z wyjaśnieniami.

Podejrzewam, że większość moich P. T. Czytelników bywała, bądź bywa w krakowskim kościele oo. Dominikanów. Jak przystało na wiekową świątynię, może się on szczycić wieloma zabytkowymi tablicami i pomnikami nagrobnymi. Jednym z okazalszych jest monument generała Jana Zygmunta Skrzyneckiego, wodza naczelnego w czasie powstania listopadowego. Podziwiać go możecie w kaplicy w lewej nawie bocznej, zaraz nieopodal schodów do grobu św. Jacka. Generał, półleżąc, jest ujmowany pod ramię przez dzierżącego trąbę anioła. Z teologicznego punktu widzenia jest to anioł, który dźwiękiem owej trąby budzi ś. p. generała na Sąd Ostateczny. Ja jednak sądzę, że to zupełnie nie tak. Bo tak naprawdę, to słodki na pozór anioł okłada Skrzyneckiego trąbą (fujarą?) po głowie. Zauważcie – nawet wygięła się od siły uderzenia! Okładając, anioł fuka: „Ty fujaro! Zmarnowałeś tyle szans!”. A generał tylko rozkłada bezradnie ręce.

Koniec lutego 1831 roku. Od trzech miesięcy trwa powstanie listopadowe. Naczelnym wodzem armii polskiej zostaje Jan Skrzynecki, bardzo odważny żołnierz, ale żaden strateg. Brak talentów na tym polu, wobec znakomitych doradców w jego otoczeniu, można było jeszcze wybaczyć. Ale braku wiary w zwycięstwo – już nie. Swoją dyktaturę generał rozpoczął od pertraktacji z Rosjanami, którym próbował udowodnić, że Polacy chętnie wrócą w objęcia Cara. Negocjacje upadły, trzeba było rozstrzygnąć konflikt w boju. Wojsko rosyjskie było w trudnej sytuacji. Wystarczyło rozpocząć ofensywę i rozbijać przeciwnika. Zamiast tego, Skrzynecki postanowił grać na zwłokę, czekając na interwencję z Zachodu. Ta oczywiście nie nadeszła, w przeciwieństwie do kolejnych oddziałów wroga. Kilka zwycięstw wojsk polskich nie doprowadziło do ostatecznej wygranej. Nadarzającą się okazję otoczenia i zniszczenia elity armii carskiej – gwardii, generał najzwyczajniej zmarnował. Nie dopuszczał możliwości uderzenia na główne siły rosyjskie, koncentrując się tylko na obronie i unikaniu walki. Ten brak inicjatywy mścił się, bo czas pracował tu wyłącznie na szkodę powstańców i pożytek Cara. Kiedy doszło do walnego starcia pod Ostrołęką, Skrzynecki całkowicie stracił głowę i doprowadził do klęski wojsk polskich. Wreszcie, zmuszony do rezygnacji z dowództwa, udał się na emigrację. Zmarł w Krakowie w 1860 roku.


Można się oczywiście spierać, czy gdyby generał okazał się geniuszem, a nie fujarą, to powstanie zakończyłoby się zwycięstwem Polaków. Moim zdaniem – nie. Aby jednak nie przedłużać tej smutnej opowieści, kilka słów podnoszących na duchu. Nie bądźcie jak Generał Fujara. Jeśli zabieracie się za coś, wierzcie w zwycięstwo. Nie ma nic gorszego, jak przystąpić do walki bez wiary w ostateczny sukces. I zaczynać bez wizji zwycięskiego końca. Nie marnujcie nadarzających się okazji. Nie pozwólcie, aby Wasze szanse wymknęły się jak gwardie rosyjskie. Zawsze przejmujcie inicjatywę, bo to w Waszych rękach leży zwycięstwo. Jeśli macie kłopoty, nie traćcie głowy i zimnej krwi. Nie rozkładajcie bezradnie rąk. Zawsze walczcie i zawsze zwyciężajcie. Tego Wam życzę w Nowym Roku.

czwartek, 22 grudnia 2011

Wybaczcie, ale...

...nie zamierzam już wchodzić do sieci przed Świętami :-)!

Przypadł mi w udziale niezły łup: złożenie życzeń w imieniu Borsuków dla wszystkich naszych Przyjaciół. A mamy ich wiele, co jest powodem do naszej wielkiej dumy, pychy i radości!

Wybaczcie, ale nie mam nigdy pomysłu na takie zbiorowe życzenia, zapewne wielu z Szanownych Czytelników w ogóle nie znam: nie wiem kim są, jakie są ich marzenia, czego potrzebują, czego pragną, co robią w życiu (kolejność nie jest przypadkowa)... Zazwyczaj życzy się wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku. Wesołych, pełnych rozrywki - oderwania od codzienności (żeby przypadkiem nie zastanowić się nad jej poprawieniem i sensem naszej pracy). Szczęśliwego - czyli przyjemnego, bez problemów (czyli wyzwań, które pozwalają nam uczyć się Miłości). Dlatego ja, ani borsuki, nikomu wesołych Świąt, ani szczęśliwego Nowego Roku nie życzymy. Precz z wybrakowanymi życzeniami!

Wybaczcie, ale chciałbym, aby dla każdego te Święta nie były "wesołe" - chciałbym, aby każdy znalazł w tych dwóch dniach Radość, która powali jego życie do góry nogami, tak że wesoło to mu na pewno nie będzie.. Ale ta Radość jest potrzebna, by przeżyć kolejne 363 dni. Życzę, aby ten Nowy Rok przyniósł każdemu, kto tego potrzebuje, wielkich wyzwań, na jego miarę - aby każdy mógł wreszcie odkryć tą swoją Amerykę lub zdobyć to, co pozwoli mu spotkać Prawdziwe Szczęście. Aby jednak ten Nowy Rok nie upłynął pod znakiem "świętego spokoju"...


A żeby nie było tak groźnie, posłużę się potępianą ostatnio na naszym blogu poezją. Średniowieczną.

"Niech Bóg każdy twój krok ubezpiecza
Niech Bóg każde przejście przed tobą otworzy
Niech Bóg każdą drogę dla ciebie oczyści
I niech [na Nowy Rok - przyp. Carolus] cię ogarnie pewnie
uściskiem Swych obu rąk."



PS. A co do polemiki wokół mojego poprzedniego posta, to odczuwam całkowite niezrozumienie - ale spróbuję. Wybaczcie, ale w Nowym Roku. :)

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Przed-Świątecznie

Jesteśmy w zasadzie na finiszu Adwentu, do Świąt Bożego Narodzenia zostało już tylko kilka dni. Pojawia się w związku z tym u niektórych, co gorliwszych wiernych "pokusa" zrobienia czegoś, żeby (i) tym razem Przyszedł, Narodził się. Do takowych delikwentów/delikwentek (w tym siebie) piszę tego posta. Nie będę wnikał na ile jest owa pokusa (myśl) potrzebna bądź nie, ale z mojego dotychczasowego doświadczenia wynika, że spotyka nas ona na bardzo różnych poziomach, a jeszcze bardziej różnorodne sposoby znajdujemy na radzenie sobie z nią. Ale nie o tym chcę pisać. Czyli o czym? A raczej o Kim?
O Bogu (wiem, że to niezbyt stosowny temat i w ogóle jakiś taki... nie łatwy, ale nigdy nie należałem do ludzi szczególnie rozsądnych, więc się tym nie przejmuję). Zazwyczaj dość bezkrytycznie przyjmujemy, że dobrze jest chcieć/życzyć sobie/tęsknić etc za Bożym Narodzeniem - nie za gwiazdką, wigilią itd ale za konkretnym spotkaniem z Bogiem w naszym życiu, za Jego przyjściem do nas tu i teraz. Co bardziej "rezolutni" nie tylko pragną Jego przyjścia, ale na różne sposoby próbują Mu w tym pomóc - znamy to doskonale. Ale.. jak często się pytamy, Czyjego przyjścia chcemy i na jakich (a raczej czyich) zasadach? Dlaczego w ogóle tego pragniemy? I za czym właściwie tęsknimy? Czym ma być to Boże Narodzenie przez duże "B"?
Niby oczywiste, a jednak.. jest z tym trochę kłopotów (ja przynajmniej takie miewam). Owszem, bardzo często proszę, żeby wreszcie Przyszedł, Narodził się. Problem w tym, że zazwyczaj przy okazji dorzucam w ramach niezauważalnego gratisu pakiet "życzeń dodatkowych", czyli: tak Panie Boże, przyjdź, i zrób to, tamto, owamto i jeszcze jakbyś uznał, że siamto też możesz zrobić, ja się nie obrażę. Czyli: tak Panie, potrzebuję Cię, bo mam dużo problemów, z którymi sobie nie radzę, a bardzo bym chciał już nie musieć się z nimi męczyć, żeby jakoś tak wreszcie było prościej. A przecież to oczywiste, że jeśli przyjdziesz i jeżeli mnie kochasz, to będziesz chciał zrobić dla mnie coś dobrego - i ja wiem, co to jest, więc nie będziesz już musiał się zastanawiać. Ja mam bardzo dobry plan na (moje) szczęście, Ty masz odpowiednią moc, razem go zrealizujemy i będzie super. Ujmując to dosadniej, umiemy prosić: tak, przyjdź Panie Boże ze swą wszechmocą i służ mi pokornie, a wszystko będzie super - niebo na ziemi. Nie czarujmy się, potrafimy tak myśleć, tak się modlić, na takie "boże narodzenie" czekać. Czyli potrafimy w pełni zewnętrznej gorliwości gdzieś głęboko w Jego dobroć, mądrość i miłość wątpić (kiedyś dziwiłem się, czemu tak często w Ewangelii Jezus zarzuca uczniom małą wiarę, teraz już mniej się dziwię..). Pozostaje nam liczyć tylko na wszechmoc i na to, że uda się nam Go namówić, żeby zgodził się ją wykorzystać na nasz użytek. Pycha (bo to ona tym wszystkim struje) potrafi być bardzo podstępna i świetnie się kamufluje - fakt. I chyba nie ma takich wśród nas, którzy umieliby zawsze sobie z nią radzić.
O jakie zatem Boże Narodzenie mamy się modlić?
W tym roku bardziej niż kiedykolwiek uderzyła mnie (i wciąż "uderza") pokora Bożego Narodzenia. Tak się jakoś dziwnie (z naszego punktu widzenia składa), że Bóg przychodzi i działa inaczej, niż my się tego spodziewamy, a zwłaszcza unika wszelkiego tryumfalizmu (czasem mam wrażenie, że Go po prostu nie cierpi, ale to już moja osobista opinia). Przychodzi, ale rodzi się w jakieś jaskini wśród bydła jako maleńkie dziecko, bezbronne, zdane na opiekę nie do końca ogarniających to wszystko ludzi. Szczerze powiedziawszy, nie jest to zbyt spektakularne. Na pierwszy rzut oka wcale nie oszałamia, nie jest atrakcyjne. Wcale nie ułatwia życia, nie rozwiązuje naszych problemów (przynajmniej tak się może wydawać). Po co właściwie nam taki Bóg? Czy za takim Bożym Narodzeniem z taką gorliwością tęsknimy? Czy o takie przyjście prosimy?
Najbliższe dni to świetna okazja do zastanowienia się, w Kogo i Komu wierzymy. Pokora Bożego Narodzenia może bardzo pomóc w określeniu kondycji naszej wiary i pokazać, czego rzeczywiście nam brakuje oraz o co warto się modlić i Boga prosić.
Tęsknoty za Bogiem pokornym, który przychodzi do nas wciąż tak samo "inaczej" (i niekoniecznie 25 grudnia) jak przed dwoma tysiącami lat w Betlejem, sobie i wam wszystkim na ten czas życzę :)


PS: mały bonus, który kiedyś bardzo pomógł mi w nawróceniu i wciąż kojarzy mi się głównie z Bożym Narodzeniem: http://caligo.wrzuta.pl/audio/8JK99OjBBFf/40i30na70_-_piosenka_o_milosci