sobota, 18 lutego 2012

W każdym miejscu.

Ostatnimi czasy chłopcy rozkręcili się na blogu. Andrzej wbił się na pierwsze miejsce listy postów wszechczasów. Adam stracił to miejsce (twierdząc, że A. B. pisze na "populistyczne" tematy). Michał próbował zrobić psychoanalizę obywateli Borsuczej (i nie tylko;) na podstawie znakomitej gry - nie było to jednak na tyle interesujące, by przyciągnąć tak duże zastępy czytelników jak tekst Andrzeja. Co populizm, to populizm...

Ja natomiast pochłonięty pracą i sesją, nie miałem nawet czasu, by - tak jak chłopcy - uciekać od egzaminów w pisanie postów i śledzenie statystyk bloga. Z przerażeniem patrzę na to jak zbliża się jeden z najważniejszych okresów w roku - Wielki Post. Z przerażeniem, bo przecież dopiero co (2 tygodnie temu) skończył się okres Bożego Narodzenia, jeszcze niedawno kolędy śpiewali. Czas płynie coraz szybciej. Nawet  pozycje na blogu ulegają ostatnio dynamicznym zmianom.

Bycie na pierwszym miejscu jest bardzo istotną sprawą - nie tylko w kontekście blogowej popularności. Wielki Post jest czasem, jak powiedział ktoś mądry, w którym próbujemy ustawić Pana Boga na pierwszym miejscu w naszym życiu (bo jak stwierdził św. Augustyn - jeśli Bóg na pierwszym miejscu, to wszystko jest na swoim miejscu).

Czas postu zawsze był ważny, pamiętam jak od małego lubiłem chodzić na drogę krzyżową, a od czasu gdy zostałem ministrantem (czyli gdzieś w II klasie gimnazjum), jako najwyższy (w szóstej klasie miałem niemal 180cm:), miałem zaszczyt nosić krzyż na czele tłumku, który w Grzymałkowie ma zwyczaj tworzyć "procesję" drogi krzyżowej. I nie miało to nic wspólnego z populizmem.

Parafia w Grzymałkowie, bardzo nietypowa, nie była dla mnie źródłem rozwoju duchowego - raczej słabe kazania, brak jakiejkolwiek wspólnoty (oprócz Sióstr Różańca), a jedyny temat wokółkościelny poruszany przez parafian to domniemane błędy i "wykroczenia" proboszcza. Nie wiem dlaczego, ale w ciągu roku lubiłem tam chodzić tylko na drogę krzyżową - być może ze względu na to trzymanie krzyża. Niosąc go przed sobą, ciężko jest patrzeć na coś innego, dlatego też musiałem (siłą rzeczy) skupić się właśnie na Nim. W innych momentach brzydki śpiew, harmider wśród ministrantów czy zawodzenie babć skutecznie wyrywało z jakiejkolwiek "zadumy" i nie pozwalało Panu Bogu na uobecnienie, na to należne pierwsze miejsce w liturgii.

Można długo pisać o Grzymałkowie, o moim rodzinnym domu i wielu innych sprawach. Można narzekać, ale - jak mówią - po co? Zawsze uważałem, ze narzekanie (choćby uzasadnione) jest bez sensu. Zatrzymam się na jednej sprawie - samym kościele. Jest wielki. Legenda wiejska mówi o tym, że chłopi specjalnie jechali na Jasną Górę i krokami mierzyli ichniejszą bazylikę - tak, żeby ich świątynia była większa. Jest większa, istotnie.
Kościół w Grzymałkowie pw. Przemienienia Pańskiego
No dobra, nie jest ładny. Podobno wygląda jak wielka remiza (ze względu na czerwony dach). Ale gdy tylko ktoś przyjeżdża już na Grzymałków, to jednym z ważniejszych punktów takiej wycieczki jest właśnie zwiedzanie kościoła. Coś dziwnego musiało tkwić w mentalności proboszcza i parafian, skoro wybudowali sobie taki "ósmy cud świata". Często staram się podtrzymywać nadzieję, że to dowód na ich cześć dla Boga. Nie chcę pytać co w ich intencji stało na pierwszym miejscu.

W moich spacerach po okolicy bardzo lubię patrzeć w stronę kościoła. Jak powszechnie wiadomo, Grzymałków położony jest w najbardziej wysuniętej na zachód części Gór Świętokrzyskich. Jest tam mnóstwo różnych wzgórz, dolinek i rzeczek przecinających coraz częściej zdziczałe pastwiska i tereny uprawne. Jednak z niemal każdego miejsca widać wieżyczkę, ten brzydki czerwony daszek, który przypomina mi nie tylko o słabości parafii, ale też o samym Panu Bogu. On przychodzi najbardziej do grzeszników, pozwala im na budowę tak śmiesznego kościoła, być może po to, by musieli go za każdym razem widzieć (co najmniej z odległości 15-20 km!)?

To jakieś 2-3 km od kościoła, ale ta wieża naprawdę "wystaje" ponad horyzont...

To przypomina mi o ważnym stwierdzeniu, na Wielki Post. Że Bóg nie ma być na pierwszym miejscu. On ma być w każdym miejscu naszego życia. Tak jak kościół w Grzymałkowie jest w każdym miejscu na terenie parafii. Być może można byłoby - per analogiam - stwierdzić, że skoro kościół jest na pierwszym miejscu wśród wszystkich budynków, to dzięki temu jest i w każdym miejscu. Ale z Bogiem tak chyba nie jest. Bowiem możemy go ustawić na pierwszym miejscu, przeznaczać większość naszego czasu na modlitwy. Ale to nie wystarczy, bo gdy z krzykiem wyskoczymy na naszych przyjaciół, zapomnimy o człowieku w domu, szkole czy pracy, albo - przede wszystkim - o sobie, to nie będzie możliwy dialog. A dialog jest podstawą zarówno naszego poszczenia, jak i działania z innymi. Dlatego tak lubię ten grzymałkowski kościół, który podczas letnich spacerów uderza mnie swą siermiężnością i otwiera - zadając pytanie: w widzisz kto jest w każdym miejscu? :)

PS. W tym kontekście bardzo polecam książkę Abrahama J. Heschela "Pańska jest ziemia"  - http://www.esprit.com.pl/101/Panska-jest-ziemia-Wewnetrzny-swiat-Zyda-w-Europie-Wschodniej.html


sobota, 11 lutego 2012

Wielka Gra

Wszystkie osoby, którym nieobcy jest Internet, a więc i Wy, nasi wierni czytelnicy, poczuły zapewne na swych plecach złowieszczy oddech potwora zwanego ACTA. Podczas gdy świat zjednoczył się (na moment) w heroicznej krucjacie mającej na celu powstrzymaniu smoka przed krążeniem nad oceanem maili, a także atakiem na przedpola facebooka, zdania Borsuków okazały się być nieco podzielone. Nastała sroga zima, śpimy sobie w norach snem sprawiedliwego, a tyle hałasu wokół ACTA na zewnątrz jedynie wybija nas z tego jakże błogiego letargu. Jak głosi wiersz na przesławnych drzwiach naszej toalety, borsuk jest istotą niewielką i sympatyczną. Nie dajcie się zwieść poezji. Okazuje się, że borsuk jest zwierzęciem o myśleniu wybitnie (i podwójnie) strategicznym (co oczywiście nie pozbawia nas sympatii). Już tłumaczę.
Jak wspominałem, nasze odczucia co do ACTA są mieszane, postanowiliśmy więc, niczym prawdziwi stratedzy, przeczekać niepokojące zjawiska, nie dać smokowi satysfakcji i przygotować się porządnie na odparcie prawdziwego ataku. Na wszelki wypadek przenieśliśmy zbrojenia z podatnej na ewentualne ataki sfery wirtualnej w rzeczywistość borsuczej nory. Nasze przygotowania wyglądają mniej więcej w ten sposób: średnio co dwa dni, w głównej (bo większej i liczniej zamieszkanej) norze, rozkładamy mapę świata i włączamy strategiczne myślenie. Czasem wchodzimy w sojusze, innym razem walczymy przeciw sobie, rozwijamy kulturę, tworzymy podstawy silnej gospodarki, odkrywamy najnowsze technologie. Wszystko po to oczywiście, aby rozwijać twórcze myślenie, umiejętnie wychodzić z trudnych sytuacji, co z kolei ma nam pomóc w realnym życiu. Jeśli od kilku zdań nie wiecie o czym piszę, rozwiązanie kryje się w czterech słowach - Civilization: The Board Game (tutaj ukłony w stronę Anny Pająk, która sprezentowała Carolusowi rzeczoną grę). Oczywiście w imieniu wszystkich Borsuków szczerze polecam zakup, ale chciałbym przedstawić Wam szczególnie ciekawe zjawisko. Żeby zrozumieć o co chodzi, wystarczy Wam wiedzieć, że w grze chodzi o doprowadzenie swojej cywilizacji do jednego z czterech zwycięstw (tu do wyboru: militarne, technologiczne, kulturowe, ekonomiczne). Otóż po kilku pięciogodzinnych "partyjkach" okazało się, że tak bardzo złożona gra odzwierciedla nasze cechy charakteru.

















O Karolu
dowiadujemy się, że jest świetnym strategiem, harmonijnie rozwijającym swoją cywilizację, co jak dotąd zaowocowało kilkoma zwycięstwami. Należy także wspomnieć, że jest obrzydliwym manipulatorem (czyli zręcznym dyplomatą) co przysparza mu przyjaciół w początkowej i środkowej fazie gry, a wrogów kiedy jego zwycięstwo staje się pewne.

Andrzej, być może nie do końca wybudzony ze snu zimowego, zazwyczaj koczuje gdzieś w rogu mapy, nie atakując nikogo. Zachowuje dystans, z każdą grą coraz mniej ufając złotym ustom Karola. Jego niepozorność i bezkonfliktowość doprowadziła go jednak do zwycięstwa ekonomicznego (co bardzo sobie ceni :))

W przypadku Adama sytuacja nieco się komplikuje - na początku nie chciał grać, tłumacząc się kołataniem serca(phi!), kolokwiami(wszyscy je mamy), skomplikowanymi zasadami (dlatego gra jest taka wciągająca!). Jednak kiedy usłyszał kolejny triumfalny okrzyk radości po odkryciu samolotów, lotów kosmicznych itp., a być może także ze względu na fakt, że graliśmy z Chłopakami w tej części pokoju, w której zazwyczaj stoi jego łóżko, Adam przyłączył się ochoczo do kolejnej rozgrywki. Muszę w tym miejscu stwierdzić, że Adam Szczupak nas przeraził. Bardziej nawet niż widmo ACTA. Już na początku gry, kiedy normalni ludzie rozwijają rybołówstwo, inwestują w sztukę, Adam grający Niemcami rozpoczyna zbrojenia. Zaczyna się od niewinnych pikinierów, łuczników, jednak po chwili okazuje się, że miecze zamieniają się w karabiny maszynowe, a kamienie katapult w kule armatnie. Jednym słowem, Adam sieje zniszczenie i wzbudza postrach każdej sąsiadującej z nim cywilizacji.

Co do mnie
...mam nadzieję, że pozostałe Borsuki jakoś to skomentują. Zdaje się, że mimo świetnego startu i ogólnego prosperity w środkowej fazie gry, czegoś brakuje pod koniec rozgrywki, co sprawia, że zazwyczaj przegrywam o jedną turę (zazwyczaj, bo mam też zwycięstwo technologiczne na koncie - pochwalę się, "żeby nie było" )

Rywalizacja, okrzyki zwycięstwa i łzy porażki sprowadziły także w nasze skromne progi szacownego dominikanina. Nie wypada mi tutaj rysować portretu psychologicznego, ale (mimo że Ojciec był przyczyną mojej porażki, ach!) muszę wspomnieć, że tak pojętnego gracza (zasady tłumaczy się około godziny), który już w pierwszej rozgrywce wykorzystuje maksimum możliwości gry z przysłowiową świecą szukać.

Kończę, bo chyba im dłuższe moje przerwy w pisaniu, tym więcej słów przychodzi mi do głowy. Po prostu zagrajcie, a być może, tak jak Karol, zapragniecie poszerzenia zestawu podstawowego o rozbudowany dodatek, który czyni rozgrywkę jeszcze bardziej emocjonującą. Szczerze polecam, nie tylko tym, którym znudziły się już typowe testy psychologiczne.

Miguel, O Grande Psicólogo.

A na deser Ojcze Nasz w suahili skomponowane specjalnie na potrzeby gry. Niezwykle umila rozgrywkę "stołową" i za nic nie chce wyjść z głowy :)


sobota, 4 lutego 2012

Bez drugiej połówki

Zapraszam na ulubiony przeze mnie typ refleksji z cyklu "rzucam się z motyką na słońce" :) Od jakiegoś czasu mam chęć zabrać głos w dyskusji o naturze związków damsko-męskich. Wiem, że nie jestem do tego uprawniony jako człowiek niepraktykujący. Ale na swoją obronę mogę powiedzieć, że słucham wielu ludzi i ich opowieści o różnych związkowych problemach. I mam w związku z tym parę myśli.
Po pierwsze uderza mnie powszechna wiara w mit (skądinąd platoński) "Drugiej połówki". Czyli jestem sobie ja i gdzieś tam ta jedna jedyna/jeden jedyny (ciekawe, że mit jest tak samo powszechny u pań jak i u panów). Gdy zdarzy się, że to jedno jedyne stworzenie odnajdzie nas a my ją/jego, to już niebo na ziemi etc. U Platona chodzi o to, że dusze kiedyś, zanim dokonał się podział na płcie, były jednością, ale potem nastąpiło rozdzielenie każdej duszy na dwie części, i teraz jedyny sposób na szczęście to odnalezienie drugiej "połówki" podzielonej niegdyś duszy. Kłopot w tym, że ta koncepcja nie jest nawet fałszywa, tylko totalnie bez sensu (jak mawia mój profesor od logiki). Często skrywana jest pod kryptonimem "pasujemy do siebie/ nie pasujemy". Zawsze miałem problem ze zrozumieniem o co tutaj chodzi.
Problematyczność wiary w ten mit dotyka wielu już "związanych". Mija okres pierwszej fascynacji i radości z odnalezienia tej jednej jedynej istoty, i okazuje się, że jednak coś z tym pasowaniem nie tak, że jednak są doskwierające obu stronom różnice. Pojawia się różnie ujmowana myśl, że to chyba jeszcze nie ta jedna jedyna istota, no bo przecież coraz bardziej dociera do kogoś, że to nie jest "moja druga połówka". Jak na mój gust takie spostrzeżenie jest zbawienne, ale sami spostrzegający mają rozliczne skłonności do niezadowolenia, marudzenia, martwienia się etc.
Na gruncie chrześcijańskim, o ile mi wiadomo, nie ma, nie było i nie będzie wśród ludzi dla nas żadnej drugiej połówki. Jedyną istotą "pasującą" idealnie do wszystkich naszych prawdziwych potrzeb jest Bóg, nie człowiek. Ale jak na mój gust do Niego nie można użyć określenia "druga połówka". Ta koncepcja nie ma sensu. Jak dla mnie jedność nie jest punktem wyjścia, ale punktem dojścia. Fascynujące jest to, że mamy możliwość dojścia do jedności na wzór jedności Trójcy z jakąś różniącą się od nas, "nie pasującą" duszą. Czyli przy sprzyjających warunkach może będzie nam dane kiedyś powiedzieć, że z Bożą pomocą udało nam się być dla kogoś (i ten ktoś dla nas) tą jedną jedyną istotą. "Kłopot" w tym, że ambitna, chrześcijańska wizja relacji damsko-męskiej jest trudna, pracochłonna, a realizacja zajmuje całe życie. Czyli jak już się na kogoś decyduję i ten ktoś na mnie, to to jest dopiero początek. Wydaje mi się to bardzo podobne do nieustannie ponawianej decyzji wiary. Tak to już jest, że o wszystko, co w życiu ważne, trzeba walczyć codziennie.
U drogiego czytelnika może się teraz pojawić pytanie: jakie w takim razie przyjąć kryterium szukania osoby, z którą można by na tak zbawienną ścieżkę wejść? Odpowiadam, że nie wiem. I szczerze powiedziawszy wątpię, by było jakieś uniwersalnie działające kryterium wyboru. Spotkałem się już (także u siebie) z takim bogactwem czynników wpływających na to, że ktoś staje się interesujący i pociągający, że nie wierzę w uprzywilejowaną metodę odnajdywania kandydata/kandydatki. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to że jak już ktoś jakąś metodę doraźnie opracuje, nie ma innego sposobu na bycie z kimś jak zacząć z tym kimś być.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Zamknij oczy, a znajdziesz się....

Dziś zapraszam Was na krótką podróż. Rozejrzycie się wokół – wszystko zachęca, aby wyrwać się stąd i udać w jakieś inne, znacznie ciekawsze miejsce. Na Waszym biurku – stos zeszytów, książek, kserówek tudzież innego badziestwa związanego z sesją. Za oknem – siarczysty mróz, przenikliwy wiatr, a nie jest to jeszcze ostatnie słowo zimy. To co, spadamy stąd? No to siup: zamknijcie oczy i zjedźcie trochę myszką w dół.



Teraz otwórzcie oczy.


Nie ma śniegu, mrozu, wiatru, sesji. Świeci letnie słońce, a my sterczymy na jakiejś pustce, po horyzont tylko pola i lasy w oddali. Znaleźliśmy się w województwie podkarpackim, dokładniej, w północno – wchodniej jego części w okolicach Lubaczowa, a jeszcze dokładniej – we wsi Stare Oleszyce. Zapytacie pewnie: A cóż nas sprowadza w tym sesyjnym czasie do jakiejś dziury, świecącej pustkami? No właśnie. W Starych Oleszycach, podobnie jak w wielu innych wioskach wokół Przemyśla, między takimi pejzażami możemy odszukać miejsce wyjątkowe - opuszczoną od ponad 60 lat cerkiew greckokatolicką. Absolutnie genialną.

Tak prezentuje się ta niezbyt wielka świątynia z zewnątrz. Nie jest też zbyt stara, bo zbudowana została w latach 1910 – 1913. Na pierwszy rzut oka, wygląda raczej odstraszająco – dach przerdzewiał, okna zostały wybite, a wokół opuszczony cmentarz. Ale kiedy otworzymy wrota, naszym oczom ukazuje się jej fenomenalne, ozdobione malowidłami wnętrze.

Jak udało mi się odgrzebać wśród starych dokumentów biskupów greckokatolickich w Przemyślu, cerkiew była „malowana w roku 1929 w prezbiterium i kopule, kosztem 2000 zł”. Z kolei na jednym z malowideł widnieje data 1930. Nazwiska autora nie udało mi się jeszcze ustalić. Część polichromii została już zniszczona, albo wskutek wybicia okien, albo przeciekania dachu, lub też działania chemikaliów i wandali. W latach PRL-u świątynia ta służyła bowiem jako magazyn nawozów i materiałów budowlanych. Najciekawsze z tego, co jednak ocalało, postaram się Wam jak najrzetelniej zademonstrować. Czas zacząć nasz wirtualny spacer.

Najefektowniejsza jest polichromia kopuły. W bizantyjskiej architekturze sakralnej symbolizuje ona niebo, aniołów i chwałę Boga. Dokładnie tak przyozdobiono ją w naszej cerkiewce. Błękit, anioły i cherubiny wśród chmur, złociste promienie – oto znaleźliśmy się w niebie.

Świątynia nosi wezwanie Opieki Matki Boskiej. Według legendy, w soborze na Blachernach w Konstantynopolu miała objawić się Bogurodzica, rozpościerając swój płaszcz ponad zgromadzonymi wiernymi. Możecie tam zauważyć cesarza bizantyjskiego, patriarchę, świętych, zwłaszcza św. Romana, autora słynnego Akatystu ku czci Matki Bożej. Ten ostatni trzyma w ręku zwój z tekstem - mimo zacieków na malowidle, jeszcze można go odszyfrować: Oto Dziewica stoi w cerkwi i z rzeszą świętych niewidzialnie modli się za nas do Boga.

Przeciekawy jest cykl czterech scenek rodzajowych, o tak uroczym i ludowym charakterze, że nie sposób pominąć tu choć jedną.

Umiera staruszek. Przez znajome już Wam pola i lasy zmierza ku niemu ksiądz greckokatolicki w pięknych, bizantyjskich szatach. Rodzina modli się wokół łóżka umierającego, a ten z przerażeniem dostrzega uśmiechającą się do niego uroczo śmierć z kosą.

Pali się drewniana chałupina we wsi. Mieszkańcy gorączkowo biegną z wiadrami. Sąsiedzi pobożnie wyszli na drogę z ikonami w rękach. A ich dom nie zajmuje się.

W falach wzburzonego morza pogrąża się okręt. Dryfujący na resztkach masztów rozbitek wyciąga rękę w stronę Maryi z Dzieciątkiem.

Chłop orze pole w czasie burzy. Na widok groźnej błyskawicy – czyni pobożnie znak krzyża.

Nie jest to kompletny przewodnik po malowidłach, które można zobaczyć na ścianach opuszczonej cerkwi w Starych Oleszycach. Sporo pominąłem, i to nie z lenistwa. Aby zobaczyć wszystkie, musicie wybrać się tam osobiście. Im szybciej, tym lepiej, bo świątynia coraz bardziej popada w ruinę, a stan polichromii pogarsza się cały czas. Z roku na rok ubywają nieodwracalnie kolejne fragmenty. Przez grzyb i zacieki kolejne anioły i święci tracą głowy, szaty i skrzydła, spadające wraz z tynkiem na zaśmieconą posadzkę.

Zdawajcie egzaminy, brońcie prace magisterskie i inżynierskie. A zdobytą wiedzę wykorzystujcie, ratując takie miejsca jak to. Piórem, klawiaturą, aparatem, miotłą, teodolitem, zaprawą murarską, czymkolwiek. Bez nich świat jest wiele uboższy. A rozpadający się i rozpływający Aniołowie z pewnością będą Wam wdzięczni.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Szanowny Panie!

Drodzy!

Sesja w toku. Nauka pogrzebała nas w norze, ledwo trzymamy się na nogach (choć jesteśmy byka.. Tfu, borsukami z 4 roku i mamy po 0-3 egzaminy na łebka).

Chciałem napisać tylko o jednej małej rzeczy, acz ważnej i niezmiernie dającej do myślenia. Chodzi o listy, korespondencję. A dokładniej - kulturę korespondencji.
Wiadomo, kultura ta mocno straciła na znaczeniu od kiedy nie piszemy już listów na papierze (a szkoda to wielka). Zresztą, kto nie pisze, ten nie pisze :).



Zatem, o co mi chodzi? A chodzi o to, że ostatnio mam dziwną passę otrzymywania niekulturalnych maili. Wiadomo, epoka internetu, koniec z poprawnością językową, te sprawy... A to mała rzecz - przytoczę "historię korespondencji" z pewnym panem z serwisu allegro (kupowałem od niego grę planszową):

JA (15.01)
Szanowny Panie,

proszę o przesłanie danych do przelewu.
Przesyłkę proszę wysłać priorytetem (takie paczki są rejestrowane - 15zł na pewno starczy) na adres (...)
Pozdrawiam,
Karol W.

PAN (15.01)
Witam i gratuluję zakupu :)

(...)

Nie wiem ile wyniesie masa paczki, z doświadczenia wiem, że te kartoniki trochę jednak ważą, jeśli 15 zł wystarczy na koszt nadania i koperty bąbelkowej (koło 1 zł) to oczywiście tak zrobię. Paczkę wyślę najpóźniej na następny dzień po zaksięgowaniu wpłaty (zwykle w WBK przelewy mam koło 12 a akurat o tej porze wychodzę do pracy więc nie będę w stanie tego sprawdzić do wieczora).
Pozdrawiam
Krystian (...)


JA (15.01)

Szanowny Panie,

przesłałem 67 złotych, czyli za przesyłkę wychodzi 16zł - gdyby kosztowała kilka złotych więcej to oczywiście  należną kwotę doślę - zależy mi jednak na czasie.

Pozdrawiam,
Karol W.


PAN (15.01)

Witam,

przelew dotarł, paczkę wysyłam jutro koło godziny 12. Będzie priorytet tak jak Szanowny Pan sobie życzy, pozdrawiam :)

K. 


Wiecie już o co chodzi? Tak, o "szanownego pana":)! Pan Krystian już po drugim mailu poczuł się niepewnie - no bo po co do nieznanego faceta w potencjalnym przedziale 15-70 lat pisać "Szanowny Panie", jak można "witam". Krócej, fajniej. 

O co chodzi z tym "witam"? Po co się czepiam i narażam na pośmiewisko ze strony Szanownego Czytelnika? Myślę, że przyda się ta wiedza, że nie tylko do profesora, ale i do nieznajomego studenta, allegrowicza, pana od preclów, etc zwracamy się w mailu per "Szanowny Panie". Dlaczego nie "witam"? Słownik, jak i potoczne słowne użycie, sugeruje że jest to przywitanie, które stosuje gospodarz do kogoś, kto przychodzi. Sugeruje też pewną hierarchię. Z jednej więc strony jest ono niestosowne w mailu, a z drugiej - niepoprawne. 

Wiadomo, sam nie grzeszę poprawnością językową. Ale od pamiętnych ćwiczeń z ontologii na II roku, nauczyłem się, że piszemy do p. Prowadzącego maila zaczynające się od "Szanowny Panie" (inaczej nie odpisywał). Na początku się śmiałem, ale jakże to przydatna wiedza, jak sobie pomyślę? Jedna z najcenniejszych części "wiedzy proceduralnej", jaką otrzymałem na - co by nie było - teorii bytu! Kto by się spodziewał..

I jeszcze na koniec mail od Szanownego Pana Krystiana :)
PAN (15.01)

Witam Szanownego Pana,

pPaczka została nadana w okolicy godziny 12, priorytetem zgodnie z Szanownego Pana życzeniem, koszt przesyłki 13 zł, koszt koperty 1,40. Za pozwoleniem nadwyżkę 1,60 przekażę na cele charytatywne, akurat zbieram łyżki stołowe do świetlicy środowiskowej w której jestem kierownikiem, w supermarkecie za te kwotę powinienem nabyć dodatkową. W przypadku braku zgody kwotę niezwłocznie odeślę przelewem :)

Pozdrawiam
Krystian K.

Pozdrowienia z Borsuczej i powodzenia w sesji dla wszystkich Czcigodnych Czytelników (CzCz)!

Carolus



niedziela, 15 stycznia 2012

Nie-do-powiedzenia

Po motywująco-zagrzewających postach Adama i Michała pora na zmianę klimatu :)
Kilka razy przymierzałem się do niniejszego tematu, wreszcie straciłem nadzieję na to, że uda mi się jakoś bardziej poukładać to co mam w głowie, w związku z tym będzie to mozaika ciut niespójnych i niezwiązanych ze sobą myśli. W zasadzie pasuje to do opisywanego zagadnienia, które samo w sobie ma wiele twarzy. Do rzeczy.
Bywa (u niektórych częściej, u innych rzadziej), że chcemy coś powiedzieć/wyrazić/zakomunikować i nie bardzo nam to wychodzi. Brakuje słów. A nawet jeśli już jakieś się znajdą, niemal równocześnie z chwilą ich wypowiedzenia ma się wrażenie, że totalnie rozmijają się ze źródłową myślą, intuicją. Napotykamy na dziwną granicę, której nie jesteśmy w stanie przekroczyć.
Nie wiem jak często coś takiego was spotyka, mnie dość notorycznie. Może nie byłoby to aż tak problematyczne, gdyby nie zdarzało się akurat w takich chwilach, gdy szczególnie zależy nam na podzieleniu się z kimś czymś bardzo dla nas ważnym. A właśnie wtedy nie-do-powiedzenie uderza najbardziej. Najzabawniej jest, gdy wcześniej przeprowadzamy kilkadziesiąt/set symulacji danej rozmowy, wydaje się nam, że rozłożyliśmy temat na łopatki, ale na końcu to nasze słowa leżą, a milczenie triumfuje. Kłopotliwe. Wiercące. Nie dające spokoju. Okazuje się wtedy, że cisza, która krzyczy, nie jest aż tak dziwna.
Nie zawsze chodzi o rozmowę (przynajmniej nie o dialog z kimś). Nie-do-powiedzenia przytrafiają się także na gruncie rozmowy wewnętrznej. Sami sobie nie potrafimy czasem czegoś powiedzieć, choć mamy na to ochotę. Ba, nawet nie ochotę, ale silną potrzebę. I nic. Pusto, figa z makiem.
Ujmując to delikatnie, nieproszone milczenie potrafi zajść nam za skórę, nie lubimy go. Nic dziwnego. Mało co potrafi nam tak skutecznie uprzytomnić ulotność naszej władzy, w tym wypadku nad językiem. Bo nagle okazuje się, że narzędzie, którym posługujemy się z taką wprawą, nad którym panujemy z takim poczuciem pewności siebie, przestaje nas słuchać, a my możemy tylko bezradnie rozłożyć ręce. Nie zawsze łatwa lekcja pokory.
Język, który na co dzień jest naszym podstawowym "oknem na świat", potrafi ni z tego ni z owego zaskoczyć "szybą", o którą się czasem w tym oknie rozbijamy. Dziwny paradoks.
Ale z drugiej strony, czy rzeczywiście dobrze by było, gdybyśmy potrafili powiedzieć wszystko? Gdyby słowo nie miało żadnych granic?

sobota, 7 stycznia 2012

Laur jako środek nasenny znany starożytnym.

Tytuł długi, ale będzie konkretnie. Nie wiem czy z meandrów Waszej pamięci jesteście w stanie wyłowić coś tak nieznacznego jak mój post z okolic września (i to ubiegłego roku!), ale niezależnie od tego czy zastosujecie metodę wędkarską, czy też zechcecie poszperać w archiwum (nic lepszego na tym świecie, czyż nie, Adamie? :)), chciałbym Wam przypomnieć temat, który we wspomnianym poście poruszyłem. Pisałem w nim o inicjatywie. Nie o inicjatywie biernej, ale aktywnej, szukającej okazji, a nie tylko wykorzystującej te spadające z Nieba. Zapowiedziałem też, że będę Was informował o rezultatach krzesania tejże inicjatywy w przypadku mojej skromnej osoby. Zaznaczę od razu, że części z "pewnych postanowień, które ongiś powziąłem" (niektórych jeszcze, niektórych permanentnie) nie udało mi się zrealizować, ale nie o to chodzi. Lista rzeczy zatytułowana, nie must-do, ale worth-doing była długa i oczywiście nie przewidziałem w niej wszystkiego, z czym dane mi się było od tego czasu zmierzyć, ale... sami zobaczcie co z tego wyszło i jakie są rezultaty.
Bóg stworzył mnie mężczyzną, co w pewnym stopniu tłumaczy moje zamiłowanie do tabelek, statystyk itp., tak więc wybaczcie, że posłużę się teraz barbarzyńską listą, zamiast ubierać wszystko w piękną formę i słowa:

-> przedmiot robiony awansem - niby nic, ale okazuje się, że można go jeszcze gdzieś upchnąć, co odciąży mój plan w przyszłym roku)

-> tłumaczenie - cantiga, którą przytoczyłem w jednym w postów, nie trafiła na tego bloga przypadkiem - okazuje się, że tłumaczenie z wymarłego języka może być nie tylko rozwijające, zabawne i twórcze, ale daje też realne szanse na zyski i wykroczenie z projektem poza grupę fascynatów - fanatyków

-> konferencja - nie należę do osób kochających wystąpienia publiczne, ale wybrałem się na konferencję naukową portugalistów do Lublina z dość nietypowym tematem, i co? Był stres, ale byli też ciekawi wykładowcy, portugaliści z całej Polski, świetne zakwaterowanie i całkiem niezła wyżerka :)

->praca -niektórzy z Was mogli poznać moje dziecko, któremu wyrodny ojciec nadał nazwę Bibliopolis. Dla niewtajemniczonych - biblijna przeróbka nieśmiertelnego eurobiznesu stworzona z pomocą kilku przyjaciół. Otóż pewnego deszczowego wieczoru miast do szkoły, postanowiłem (Ktoś z góry maczał w tym Palce, jestem pewien) wysłać własne dziecko do jednego z wydawnictw, które to wydawnictwo ze względu na odmienny obszar zainteresowań moją propozycję odrzuciło, ale w zamian dostałem namiary na inną firmę, która grą się zainteresowała (mimo że, notabene, nie ma zamiaru jej wydawać). Współpraca się zawiązała, pierwsze pieniądze wpadły do ręki, a za niedługo możecie spodziewać się hitu (oby!). Jak to ktoś trafnie stwierdził "czy może być bardziej lajtowa praca od tworzenia planszówek?". Cóż - co prawda martwe linki to gatunek w tej pracy występujący dość powszechnie, ale praca faktycznie jest wymarzona. Jako ciekawostkę dla chrześcijan mogę podać fakt, że tzw. "dziwnym trafem" mój szef mieszka 5 minut piechotką od Borsuczej i sam stara w gry wszczepiać trochę chrześcijaństwa. Ot, przypadek, że się spotkaliśmy.

-> no i na koniec największy "sukces", a zarazem największe szczęście, o którym nawet jeśli bym tu napisał i tak nie dało by się go wyrazić :) Kto ma wiedzieć ten wie, a jeśli nie, to Kraków wielką wsią nie jest i wkrótce pewnie się dowie.

Podsumowanie chciałbym pozostawić bez głębszych refleksji z mojej strony. Starałem się unikać konkretów, żeby pokazać sam tylko, najprostszy i niestety ubrany w frazesy mechanizm. Naprawdę się da, jeśli się próbuje. Nie samemu, co prawda, ale właśnie dlatego inicjatywa jaką trzeba się wykazać, jest niewspółmierna do jej rezultatów. Tyle. Do pracy rodacy!

M. C.


P.S. Może ktoś za tym panem nie przepada, ale i tak polecam mój spodchoinkowy prezent zatytułowany Bóg, Kasa i Rock 'n' Roll Hołowni i Prokopa. Książka nietypowa, bo jest zapisem rozmowy dwóch panów (inteligentny wierzący vs inteligentny niewierzący), którzy w cywilizowany i grzeczny sposób prowadzą jeden z najstarszych dialogów świata. Szczerze polecam, szczególnie katolikom, którzy wiarę wchłonęli razem z mlekiem matki.