poniedziałek, 4 lutego 2013

Bez drugiej połówki Vol.2.

       Zainspirowany m.in. niedzielnym drugim czytaniem dokładnie po roku przerwy wracam do znanego i lubianego tematu: związki damsko-męskie (wiem, że to nie najpopularniejsza ostatnio odmiana związków, ale na tych innych w ogóle się nie znam). W 2012 rozważałem zagadnienie jedności i pytanie o to, kiedy mam z nią do czynienia: na początku, gdzieś w środku czy może zupełnie na końcu rozwoju relacji? Udzieliłem wtedy dość jednoznacznej odpowiedzi: jedność to cel a nie źródło, a tzw. druga połówka to szkodliwy mit. 
       O ile wciąż zgadzam się z drugą częścią, o tyle weryfikacji chciałbym poddać pierwszą część mojej odpowiedzi i nieco bardziej ją zniuansować. Wydaje mi się, że już na początku mamy do czynienia z jednością, choć jeszcze bardzo niedoskonałą, kruchą, delikatną. Zakochanie nie następuje w próżni absolutnej różnicy - ona i on muszą mieć coś wspólnego ze sobą, i to najczęściej nie mało. Zakres jedności będzie się różnił, ale z pewnością już na początku jest niepusty. Czyli "bycia jedno" nie musimy budować totalnie od zera, Bóg daje nam pomocniczy pakiet startowy; od nas zależy czy go wykorzystamy, czy nie. W każdym razie ów bonus na dobry początek (który można w przybliżeniu utożsamić z szczęśliwym zakochaniem z obu stron) nie zawiera w sobie informacji: "to jest ta jedyna/ten jedyny", ale raczej "to może być ta jedyna/ten jedyny". Myślę, że różnicy między jest a może być nie muszę wyjaśniać. Choć z drugiej strony bonus oznacza, że już od początku mamy miłość. Może niedojrzałą, może jeszcze nie nazwaną po imieniu, ale jednak. Ziarno może nie jest jeszcze w pełni rozwiniętą rośliną, ale na pewno nie jest i nie będzie kamieniem czy chmurą.
Bóg daje nam pakiet startowy - możemy go wykorzystać lub zmarnować, ale na pewno nie zaczynamy z pustymi rękami.
       Dalej już niezmiennie wierzę, że nawet najlepsze ziarno bez odpowiedniej troski, podlewania, słońca, różnych przejawów oddania i czułości nie wykiełkuje - jedność nie robi się sama, nie rozwija się sama, nie pogłębia się sama, tu trzeba konkretnej, czasem bardzo przyjemnej, czasem bardzo trudnej pracy. Pracy nad sobą, swoimi słabościami i zaufaniem.
       Chciałem jeszcze odnieść się do ostatniego komentarza pod zeszłorocznym postem na równie intrygujący temat (uwaga, będzie trochę filozofii miłości.. brr): czego dotyczy jedność w relacji? Czy Jaś kocha Małgosię samą, czy jakiś zestaw cech Małgosi, czy też relację, która ich łączy? Nie brnąc zbytnio w metafizykę, którą w dostatecznej mierze zajmuję się przy pisaniu magisterki, odpowiem, że żadna z powyższych opcji wydaje mi się dobra. Myślę, że Jaś kocha Małgosię, choć nie "Małgosię samą", bo tę zna tylko sam Bóg (a nie da się kochać tego, czego się nie zna). Jednakże wciąż jest to więcej, niż sama relacja między nimi. Kiedy Jaś tęskni za Małgosią, nie tęskni przecież za relacją, ale za bardzo konkretną, psychofizyczną Małgosią śpiącą na łóżku w swoim pokoju. Kiedy Jaś kupuje kwiaty, nie kupuje ich dla zestawu cech Małgosi, ale dla niej, konkretnej, żyjącej Małgosi. Zasadniczo myślę, że w języku chyba nie da się tego do końca wyrazić, dlatego filozof musi tu ustąpić miejsca zakochanym/kochającym. A zresztą, po co tyle teorii tam, gdzie najlepsza jest praktyka?

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Borsucza: resuscytacja

Resuscytacja to, dzięki niezapomnianym lekcjom z P.O., moje ulubione słowo z całego ogromu nowych skomplikowanych pojęć jakim zbombardowano nas w rybnickim liceum. Kto chodził, ten wie. Ważne jest to, że obecnej sytuacji resuscytacja pasuje jak ulał - mieliśmy się z Wami pożegnać już na zawsze, ale cała nasza Borsucza Czwórka okazała się nazbyt niemrawa żeby sklecić jakiegoś ckliwego posta. Dzięki połączonym siłom naszego lenistwa nie muszę teraz zaczynać od skrajnie nieprzyjmnego zabiegu ekshumacji całego bloga, co zresztą przyszłoby mi z wielkim trudem, jako że mam brzydki zwyczaj pisania wstępów o niczym, a wtedy musiałbym pisać o konkretnym czymś. Uznajmy zatem, że zgon nigdy nie nastąpił, ciało znalazło się w interetowej kostnicy przez pomyłkę i w ostatnim momencie, niczym na amerykańskich (przymiotnik ostatnio popularny w pewnych środowiskach) filmach, dało się ponownie usłyszeć bicie serca ku wielkiej uciesze widzów. Pozwólcie więc, że krótkim "witajcie" pozdrowię Was po nieco przeciągniętej wakacyjnej przerwie i przejdę do części właściwej posta.
Nie ulega wątpliwości, że większość z Was już od dłuższego czasu wie, co dzieje się z naszą czwórką. Karol i Andrzej wyjechali w poszukiwaniu marzeń na przysłowiowy drugi koniec świata, ja resztką sił uczepiłem się ostatniego kawałka Znanego Mi Lądu i tylko Adam, niczym wierny Gerwazy, sprawuje pieczę nad Borsuczą, chociaż i w jego przypadku częstotliwość podróży (niezmiennie na Wschód) nasiliła się znacznie. Zapewne z żalu i tęsknoty za nami - wszak wszyscy wiedzą, że nasi wschodni sąsiedzi posiadają liryczną duszę. 
Zostaliśmy zatem rozszczepieni, wylecieliśmy z gniazda, albo raczej wytruchtaliśmy z cieplutkiej nory. Czy przyniosło nam to coś dobrego, okaże się w niebawem. Faktem jest, że poczyniony przez nas wysiłek był niezbędny - część z nas podjęła wiążące (co nie znaczy przykre) decyzje, a każdy, na swój sposób, zrobił kolejny krok w stronę dorosłego życia. To dosyć ważne, biorąc pod uwagę jak wiele osób obawia się dzisiaj dojrzałości, która kojarzy się raczej z przykrym pomnożeniem obowiązków i życiowych deklaracji, niż z koniecznym i naturalnym etapem rozwoju. Powstały już pewnie dziesiątki arytkułów na ten temat, (z których pewnie większość znajdziecie na  Deonie) więc dalsze drążenie na niewiele się zda. 
Wrócmy zatem do nas, pokemonowych borsuczków, które z urzekającym "borsi,borsi" ewoluują na kolejny poziom, oczywiście pod czujnym okiem Trenera. Nie wiem jak pozostali Panowie, ale ja nie odkryłem w sobie żadnych nadzwyczajnych mocy. I chociaż nie potrafię razić prądem czy miotać kulami ognia, to jednak nieznacznie wydłużyła się tolerancja mojego organizmu na notatki i wykłady, a gry (no, może poza poczciwą planszową Cywilizacją) nie rajcują już tak bardzo. Reakcje na niepowodzenia są mniej intensywne, ego nie podskakuje tak bezczelnie i gwałtownie jak dawniej. Najtrudniejsze i jednocześnie najbardziej wartościowe jest jednak poczucie odpowiedzialności za to, co się robi i w jaki sposób wykorzystuje się otrzymany czas.  Krótko mówiąc - zmieniła mi się zdziebko(a myślę, że nam wszystkim) perspektywa. Co prawda nie otrząsnąłem się jeszcze z lekkiego szoku, ale mam już głębokie przekonanie, że tak trzeba. Nie tylko dlatego, że jest to naturalny proces dojrzewania, ale przede wszystkim wysiłek, który zbliża do Boga i pozwala skuteczniej uszczęśliwiać bliskie osoby. Mówiąc jeszcze krócej - to jest trudne, ale to jest to. I dlatego jest fajne.  A tak na marginesie - ciekawe jakie moce posiadałyby borsucze odpowiedniki pokemonów -  wydajniejsza regeneracja poprzez dłuższy sen?

Pomimo licznych nawiązań do Pokemonów, Hobbit pozostaje najlepszym znanym mi literackim przykładem opisanego zjawiska. No i norka się zgadza. 


Z cieplutkiej Lizbony cieplutko pozdrawia,
Miguel Pedro

P.S. Niemniej cieplutko polecam wilczyńskiego bloga http://wilczynski.blog.deon.pl i wyrażam szczerą nadzieję, że Karol odpowiedzialnie poradzi sobie z łączeniem swoich autorskich obowiązków. W razie czego pragnę przypomnieć, że Borsucza jest priorytetowa. W trakcie lektury dowiecie się także, że wbrew moim przewidywaniom Autor posiadł jednak nadzwyczajną zdolność - przemiany colki (względnie kolki) na radość. Good for him. Muszę spróbować po powrocie. 

niedziela, 13 maja 2012

Uniwersytet=Wyższa Szkoła Zawodowa?

    No cóż, blog trochę podupadł w ostatnim czasie. Trudno tego nie zauważyć. Oczywiście możemy się bronić (i robimy to) tym, że brak nowych postów nie jest związany z nudą i brakiem zajęć w naszym borsuczym życiu, jest wręcz odwrotnie. Chyba każdy z nas już od dawna nie miał tyle szeroko pojętej pracy, co w ostatnich miesiącach.
 Z drugiej strony, gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, Adam odzyskał pozycję autora najpopularniejszego/najczęściej czytanego posta, zasadniczo nie mamy z nim szans. W każdym razie publicznie gratuluję :)
   Ale nie o tym chciałem pisać. Do rzeczy. Od dłuższego czasu wpadam w irytację. Najczęściej czytając jakieś artykuły, od Wyborczej, przez Rzeczpospolitą po Tygodnik Powszechny. Wszędzie w zasadzie to samo. Lament, bo polskie uniwersytety jeszcze nie przekształciły się zupełnie w wyższe szkoły zawodowe. Jagielloński wciąż nosi dziwaczne i zbędne miano Uniwersytetu. Choć z drugiej strony zasługuje na to niezbyt pochlebne dziś określenie "produkując" nowe rzesze ludzi nie przygotowanych do zawodu, przeładowanych teorią. Teorią, brrr... Że też jeszcze jest ona do czegoś potrzebna. 
    W końcu, gdy przychodzi co do czego, liczy się działanie, i to nie byle jakie, ale skuteczne działanie. A do tego potrzebna jest przecież nie teoria, ale PRAKTYKA. Jak mawiają filozofowie, chodzi o "know-how" a nie o "know-that".
   Uniwersytety słyną z tego, że skupiają się na tym, co niemal zbędne. Czym się różni informatyka na uniwersytecie od tej samej na politechnice? Stosunkiem teorii do praktyki. Na tym pierwszym jest on szkodliwie wysoki na rzecz teorii. Podobnie jest z wieloma innymi kierunkami.
   I co tu zrobić z takim kłopotliwym, nieproduktywnym tworem? Trzeba go zreformować. Tak. Naukowcy to już przeżytek, dziś potrzebni są zawodowcy. Głównym celem uniwersytetów mają być nie badania naukowe, ale kształcenie profesjonalnych pracowników dla nowoczesnej gospodarki. 
    Jeśli o mnie chodzi, ja takiego ideału nie kupuję. I nie chodzi tylko o to, że w tak projektowanym modelu prawdopodobnie doszłoby do jakiejś dziwnej deformacji filozofii (co oczywiście byłoby dla mnie bolesne). Przed taką deformacją nie uchroniłaby się żadna nauka. Próbuje się nas przekonać, że to potrzebne, że to dla naszego dobra. A zwłaszcza dla dobra gospodarki. Jeśli się na to zgodzimy, nie zabraknie chleba i igrzysk.
    A co z tymi, którzy za chlebem i igrzyskami nie tęsknią? 
    Nie chciałbym być źle zrozumiany. Wcale nie uważam, że aktualny stan uniwersytetów w Polsce jest idealny i nie wymaga poważnych zmian. Nie zgadzam się tylko na promowane idee przewodnie. Owszem, dziś wielu z nas uczy się bez widoków nie tylko na pracę "w zawodzie", ale bez widoków na jakąkolwiek pracę. Jest nas na uczelniach zbyt wielu. Dlaczego? Żeby uczelnie mogły się utrzymać, bo im więcej studentów, tym więcej pieniędzy. Ale tym samym niższy poziom. Poważnej nauki nie da się uprawiać na masową skalę. Naukowcy zamiast zajmować się badaniami, muszą generować określoną liczbę punktów z publikacji, badań, konferencji (które bardzo często nie zasługują na miano "naukowych") i zajmować się wielką gromadą studentów "żądnych wiedzy". Choć powszechnie podkreśla się, że najlepsze efekty daje edukacja w stylu "mistrz-uczeń", formalnie jest to traktowane totalnie po macoszemu. Na tak zwane indywidualne tutoriale przeznacza się 10 godzin na semestr. Efekt tego taki, że dwie najlepsze uczelnie w Polsce ledwo mieszczą się w światowych rankingach pod koniec czwartej setki. Jestem przekonany, że Wyższe Zespoły Szkół Zawodowych w duchu promowanym aktualnie niemal wszędzie nie poprawią tego stanu rzeczy.
    Wiem, że to nieco naiwne, ale uważam, że głównym celem uniwersytetu jest nauka, poszukiwanie prawdy, działalność badawcza połączona z edukacyjną. Przygotowanie do zawodu jest cennym, ale jednak, dodatkiem.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Andrzejowi życzymy wszystkiego borsuczego ( w komentarzach jeszcze macie okazję na złożenie  spóźnionych życzeń:))

czwartek, 5 kwietnia 2012

Życzenia z Borsuczej

Przypadł mi w udziale niebywały zaszczyt, czyli możliwość napisania posta świąteczno-wielkanocnego :) kiedy już zaczynałem na poważniej zastanawiać się, co też w imieniu Borsuczej warto byłoby przekazać w tym najważniejszym w roku czasie, dostałem niezwykły "prezent". Jak mawia często nasz papież Benedykt, wiara potrzebuje świadectwa.
I takim niezwykłym, prostym, szczerym świadectwem wiary pewnej nietuzinkowej starszej pani chciałem się z wami podzielić. Mam nadzieję, że wkrótce będę ją mógł spotkać osobiście, a póki co podzielę się jej "przesłaniem" na ten czas, które wywołało na mnie wielkie wrażenie i dało mi bardzo do myślenia na temat tego, o co chodzi w nadchodzących dniach i w tym, co przyjdzie po nich. Ok, dosyć mojego ględzenia, zostawiam was już sam na sam z tymi
pięknymi słowami cioci Marysi Okońskiej:
"Tak powiedz im to jeszcze raz - niech na nowo zakochają się w Jezusie. I jeszcze to im powiedz, że Jezusowi zależy na ich miłości. Na miłości każdej i każdego z nich. Nie tak w ogólności, ale z osobna. Dla Jezusa nie jest ważna masa. Ważny jest każdy z nich. I On chce ich miłości. Czeka na nią. Niech to wiedzą i niech się w Nim na nowo zakochają. Powiedz im to!"

piątek, 30 marca 2012

Czekając na księcia i księżniczkę z bajki

Przyczyną wielu niepowodzeń i bolesnych rozczarowań współczesnego człowieka jest rozdźwięk między jego wizjami przyszłości i oczekiwaniami, a realnymi możliwościami i rzeczywistością, która wspaniałe plany i marzenia zwykła traktować po swojemu, czyli z buta. W powyższym zdaniu nie ma nawet grama narzekania czy denerwującego jęczenia, jakie to wszystko jest niesprawiedliwe. Nie ulega wątpliwości, że w życiu im coś jest bardziej wartościowego, z tym większym przychodzi wysiłkiem. Nonsensem jest snuć idylliczne wizje, po czym czekać z założonymi rękoma, aż wszystko zrobi się samo. Nie, nie zrobi się. Realizację swoich najwspanialszych marzeń, planów, pomysłów na życie osiąga się tylko przez ciężką pracę, przede wszystkim nad sobą. Jeśli fatamorgany budowania nieba na ziemi zaczynamy traktować jako rzeczywistość, wówczas oznacza to, że lecimy w stronę w świata czystego surrealizmu. I to w dodatku na ślepo, bo na oczach mamy różowe okulary, które skutecznie przeszkadzają nam zobaczyć to, co wokół nas, takim, jakie jest naprawdę.

Owe różowe okulary są szczególnie groźne i niebezpieczne, jeśli używamy ich do patrzenia na skomplikowane sprawy relacji damsko – męskich. Najkrócej mówiąc, osoba z idyllicznymi okularkami na oczętach wyczekuje na księżniczkę lub księcia z bajki, tego jednego, jedynego, wyśnionego, wymarzonego, wyczarowanego i oczarowującego, tą jedyną, przeuroczą, przecudną, anielską, zadziwiającą i podziwianą.

Cóż to będzie za facet! Istny książę. Osobnik taki, jak na księcia przystało, winien zjawić się na pięknym, białym rumaku, odziany w srebrzystą zbroję, odbijającą słońce. W jego ręku powiewa chorągiew, najlepiej z wyhaftowanym własnoręcznie portretem swej oblubienicy. Wpatruje się w nią godzinami swoim cukierkowym wzrokiem wokalisty OneRepublic, jego wzorem czaruje ją romantycznymi tekstami i piękną grą na gitarze. Gdy tylko w pobliżu zamku księżniczki zjawia się pożerający dziewice smok, natychmiast wyrusza, odrąbuje jego siedem paskudnych łbów, po czym składa swój oręż u stóp pani swego serca. Książę nie chodzi z kolegami po knajpach, nie ogląda pojedynków Barcelony z Milanem, racząc się przy tym piwem i czipsami. Nie używa wulgaryzmów, nie pije ni kropli alkoholu, goli się codziennie, nie ma chabaziów na klacie. Jak wraca z pracy, już siodłając wierzchowca (w warunkach późnej nowoczesności: odpalając brykę) dzwoni z informacją, o której przybędzie do domu. Jeśli król (szef) wzywa go na drugą zmianę, przynosi do łóżka księżniczce śniadanie własnej roboty, nie dość że całkiem jadalne, to jeszcze nie przypalone. Nie ulega wątpliwości – książę został importowany prosto z nieba, związek z nim to życie w prawdziwym raju.

Księżniczka. Można by bez przerwy opowiadać o jej anielskim wdzięku. Ona nie chodzi, ona płynie w powietrzu na obłoku perfum. Naturalne ciepło i troskliwość wręcz z niej emanują. Z myślą o swoim księciu wysłała teściową, jeśli nie na wycieczkę krajoznawczą na Plutona, to przynajmniej na drugi koniec Europy. Naturalność, spokój, zrozumienie, wspaniałe serce, pełnia kobiecości to tylko niektóre z uroków jej wspaniałej duszy, otulonej ciałem Afrodyty. To prawdziwy anioł w ludzkim wcieleniu.

Z czasem jednak okazuje się, że książę element po elemencie traci swoją lśniącą zbroję i oręż. Terminem „moja perełka” określa butelkę piwa. Skonsumowawszy przyrządzony przez księżniczkę obiad, zamiast podziękować, beka bezczelnie. Granice swojego rewiru w zamku znaczy rozrzuconymi elementami bielizny nie pierwszej świeżości. Sportem jest dla niego wyłożenie nóg na fotel przed telewizorem. Zamiast walki ze smokiem, preferuje wydzieranie się na swoją księżniczkę i sprowadzanie jej na dno psychicznego rowu mariańskiego, żeby czasem nie poczuła się ważna czy wyjątkowa. Zredukował ją do roli kuchenko-zlewozmywarki, a zamiast jej piękna, woli kontemplować wątpliwe wdzięki panienek z teledysków Benassiego. Nie pisze już romantycznych piosenek, a zaczął preferować muzykę (?) techno, którą z pomocą okazałych kolumn zakupionych dzięki pieniążkom księżniczki, katuje nieszczęsną fundatorkę. Cóż zatem się stało z naszym księciem? Dlaczego już nie jest taki cudowny? Czy może nigdy taki nie był?

Książę zszedł na psy, pozostała jeszcze księżniczka. Ale i ona może stracić swój powab. Od pewnego czasu nie mówi o swoim księciu inaczej jako o pantoflarzu, ofermie, nieudaczniku. Jedyny dar dla niego, na jaki było ją stać, to najnowszy singiel Tomasza Karolaka, bo przecież ci ciepło-kluchowcy są tacy podobni. Stała się sztywna i zimna. Chodzić z nią za rękę to jak chodzić z drabiną, a rozmawiać z nią - to jak mówić do lodówki. Ciągle zgłasza swoje pretensje do wszystkiego. Księżniczka zamieniła się w inną bajkową postać, niestety, padło na Babę – Jagę.

Nie muszę oczywiście tłumaczyć, że cały powyższy wywód odmalowałem grubym pędzlem ironii i jest w nim sporo przesady. Bynajmniej nie jest to też zachęta do folgowania swoim słabościom i uznania przytoczonych wyżej związkowych i osobowościowych odchyłów za zgodne z normą. Chciałem tylko pokazać, że osoba oczekująca z wytęsknieniem na księcia lub księżniczkę z bajki może doczekać się tylko jednego: rozczarowania. Może pozostać całkowicie sama, ponieważ będzie odrzucać kolejnych potencjalnych kandydatów. Patrzy tylko na ich wady, które w jej oczach przesłaniają zalety. Czeka, aż zjawi się wyśniony ideał. A że taki nie istnieje, zniechęcona, zaczyna potem narzekać, że wszyscy faceci to świnie lub łajzy, lub że wszystkie kobiety to zimne sztywniaczki, lecące tylko na wypasione fury i kasę. Albo przyjmie inny sposób – będzie kończyć nieodwołalnie ledwo co zbudowane związki, skoro tylko pojawią się pierwsze ryski na ich nieskazitelnych fasadach. I jedna, i druga taktyka będzie skutkować wyłącznie samotnością, wypaleniem i pustką.

Stanąwszy w tym punkcie, trzeba wytłumaczyć najważniejszą sprawę. Truizmem będzie stwierdzenie, że budując związki, powinniśmy mieć na celu tylko jedno: miłość. A cel ten zakłada, że wszystkie relacje będziemy budować na prawdzie. Tej prawdzie, która sprawia, że przestaje się żyć marzeniami, a przyjmuje się i akceptuje bezwarunkowo zarówno siebie, jak i kochaną osobę taką, jaką jest naprawdę. Nie jesteśmy ideałami, nie sądzę też, że nimi zostaniemy. I wcale nie jest to zachęta do zaprzestania pracy nad sobą. Wręcz przeciwnie – im bardziej się kocha, tym więcej od siebie się wymaga. Dopiero po otrząśnięciu się z przesłodzonych marzeń o sielankowym życiu w krainie tapety z Windowsa, można skupić się na tym, co najważniejsze – niezależności, szczerości, uczciwości, zrozumieniu, byciu oparciem i koncentracji nie na sobie i swoich wyobrażeniach, a na kochanej osobie. Bez tego nie ma szans na budowę prawdziwej miłości, a bez miłości życie tonie w mrocznych oparach bajkowego surrealizmu.


poniedziałek, 26 marca 2012

Lego czyli układam!

Długo nie pisałem. Post i ta wiosna nie sprzyjają siedzeniu i pisaniu bloga. Ani innych rzeczy. Postanowiłem jednak ułożyć coś stosownego, (być może) na poprawę humoru Drogiego Czytelnika!

Każdy z nas niemal miał w domu 8. cud świata - klocki lego. Muszę się Wam przyznać, że ja przepuszczałem większość pieniędzy, które miałem w dzieciństwie właśnie na klocki lego. Trzeba też powiedzieć, że była to trafiona inwestycja. Wikipedia podaje mi tu, że nazwa tego cudu pochodzi od duńskiego "leg godt" - "baw się dobrze". Ja ostatnio słyszałem na wykładzie z filozofii o wiele fajniejszą interpretację, że to słowo pochodzi od greckiego λεγειν, które przed Homerem miało znaczyć "zbierać", w sensie "układać".
Starożytni Grecy w konwencji Lego
Celem klocków Lego jest właśnie układanie (ale też zbieranie!). Bywa tak, że budując wieżę lub określony zestaw, mamy plan, a tu niestety okazuje się że jakaś część jest zgubiona. Albo gdy wymyślamy coś nowego - nagle jeden z klocków na samym spodzie przeszkadza tak, że musimy wszystko zaczynać od nowa (jak w życiu). A wszystko przez to, że nie zaplanowaliśmy wszystkiego dokładnie. Są i tacy, którzy wtedy niszczą klocki (lub dodają fałszywki, zastępniki, krzywo je dopinają) i wychodzi coś okropnego albo nie-legowa konstrukcja. Tak było w przypadku głośnego projektu Zbigniewa Libery, polskiego artysty.

Nie chcę wnikać w tą pracę, ani ten temat. Chcę pokazać Wam po prostu możliwości wykorzystania lego. Trzecia, moja ulubiona, to przedstawianie faktów za pomocą klocków. Brytyjski dziennik the Guardian umieścił w zeszłym roku scenki rodzajowe, sporządzone przez dziennikarzy - możecie obejrzeć je tutaj:
http://www.guardian.co.uk/lifeandstyle/gallery/2011/dec/13/2011-lego-year-news-pictures#/?picture=383194810&index=6

Czwarta możliwość to oczywiście promocja za pomocą lego, wykorzystanie ludzików, zdjęć z klockami do prezentacji produktów, przekonań, innych marek itp. Klocki lego podbiły świat. A zaczęło się od "leg godt" - "baw się dobrze".

Skąd wziął się ten sukces? Oczywiście, oprócz absolutnej niesamowitości, rewelacyjnej "grywalności", klocki te same w sobie odzwierciedlają bardzo ważną cechę twórczego działania ludzkiego: że są "po nic". Wpadliśmy w pułapkę "skedulowania" (od ang. to schedule - zaplanować) jak pisał Mateusz Matyszkowicz. Wszystko musimy mieć dokładnie wpisane w notesik, również układanie klocków z dziećmi/młodszym rodzeństwem/współlokatorami.

A gdzie hm... miejsce na bezinteresowność? Na sztukę, spokojne przetrawienie informacji, wytworzenie czegoś? Tego naprawdę nie da się ułożyć, zaplanować.